Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaciele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaciele. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 października 2012

Między słowami

OK, stanowczo zbyt długo nie pojawiał się tu żaden nowy post. Jednak teraz następuje automobilizacja i do dzieła! Zapowiadam Wam regularną lekturę i posty umieszczane częściej niż to miało miejsce wcześniej.

Tym razem będzie o momentach wywracających wszystko do góry nogami i o wadze słów towarzyszących tym momentom.

Tak, ostatnio doświadczam wielu takich chwil i obserwuję je również u przyjaciół.
Nieprzypadkowo tytuł tego wpisu to równocześnie tytuł jednego z moich ulubionych filmów. Scarlett Johansson i Bill Murray za pomocą pojedynczych słów, drobnych przemilczeń i wymownej ciszy, uratowali swoje życia. Tak odczytuję ten film. Każde z nich znajdowało się w niewygodnym dla siebie momencie. Bezskutecznie próbowali odnaleźć sens życia 'na końcu świata'. A znaleźli w oczach drugiego człowieka.
Mądry film.



        Czuję ostatnio zwiększoną odpowiedzialność za własne słowa. Zarówno w nowej pracy, gdzie oczywiście staram się jak najbardziej zadbać o pozytywne relacje, o dobrą komunikację, jak i w życiu prywatnym.
Jakiś czas temu dotarła do mnie druzgocąca informacja o poważnym kryzysie w związku Przyjaciół. Myślałam, że ideały jednak istnieją, że oni sa tego potwierdzeniem. Wierzyłam w nich, bo oni wierzyli w siebie. Niestety, to się zmieniło. Nie będę wdawać się w szczegóły, natomiast powiem Wam, że jest to sytuacja ekstremalna, z którą nigdy wcześniej nie miałam styczności.
Dodam, że z tymi Przyjaciółmi kontakt także się poluzował, głównie ze względu na zmieniane miejsca zamieszkania, wir życia codziennego itp. Trochę w związku z tym było problemów i obopólnych pretensji. Ale według mnie przyjaźni nie mierzy się częstotliwością spotkań, tylko myślą o kimś, dobrym gestem, wsparciem. Faktem, że po roku możemy gadać, jakbyśmy się widzieli wczoraj.

Poczułam, że w związku z tym kryzysem, muszę pomóc. Że to mój obowiązek, naturalna powinność. Ale cóż mogę więcej, poza przytuleniem, pobyciem z kimś i słownym wsparciem? Myślę o tym, czy to dużo, czy mało.
Ostatnio na osobę z tego związku, z którą mam większy kontakt, spłynęła kolejna fala kryzysu. I odczytajcie dosłownie to, że piszę: 'kochać nad życie'. Tu jest taka miłość.
Jeszcze istnieje, choć nie ma już szans na powrót do przeszłości.
Pozostaje mi trzymanie za rękę i powtarzanie, że warto żyć, że przyszłość istnieje. Że za jakiś czas pojawi się siła, mądrość doświadczeń, dystans.

Myślę w takich chwilach o wadze słów. Czy mogą one uratować życie? Dobre samopoczucie na pewno, ale czy życie? Mam nadzieję, że do tego było jednak daleko, choć może sama siebie oszukuję.

Dla mnie ten czas, jest czasem wątpliwości. W sens wielu rzeczy. Szukam ja i szukają bliskie mi osoby. Szczęścia, właściwego miejsca, rozwiązań najważniejszych życiowych problemów. Niektórzy podejmują ryzykowne decyzje, niektórzy tkwią w martwym punkcie, inni umierają z bólu a jeszcze inni się rodzą...

Może miło byłoby nie brać odpowiedzialności za słowa. Rzucać je na wiatr i nie przejmować się niczym. Ale ja tak nie potrafię. Zwłaszcza w odniesieniu do Przyjaciół...

Mój nowy szef powiedział mi niedawno: 'Wszystko jest trudne, dopóki nie stanie się proste.' Mam nadzieję, że ta teoria potwierdzi się także na gruncie prywatnym. Że za jakiś czas moje słowa nie będą tak potrzebne, a cierpienie bliskich zamieni się w ich niebywałą mądrość...

piątek, 13 lipca 2012

Tak zwane przeznaczenie

Żyjemy z dnia na dzień. Mało kto robi 'długofalowe strategie działania'.  Niedbalstwo czy celowa spontaniczność?

Znajomy strateg mawia, że taki plan na życie to jedna z najważniejszych aktywności, jakie możemy podjąć. Jasne, jest wybór liceum, potem wybór uczelni, który określa (często teoretycznie) co mamy robić w przyszłości. Powiedzmy, że są to jakieś strategie działania. Jednak proza życia często weryfikuje podjęte przez nas plany, a życie to nie chłodny biznes, i trudno wytrwać przy obranej strategii, gdy czujemy, że nasza osobowość czy zainteresowania poszły w innym kierunku.

Mając kilkanaście lat jesteśmy otwarci na świat, na ludzi i nowe możliwości. Wydaje nam się, że wszystkie drzwi są otwarte. Krzyczymy jak Jack na pokładzie Titanica: 'I'm king of the world!'.
Potem...no właśnie. Potem przychodzą rozczarowania, drzwi zamknięte na kłódkę, coraz większe bagaże nie zawsze fajnych doświadczeń, które nas blokują. Pojawia się paradoksalnie mniejsza wiara we własne możliwości. Powiązana chyba z utratą młodzieńczej naiwności.

Mimo że i ja mam często takie 'hamujące' odczucia co do przyszłości i podejmowania działań, to dwa spotkania z przyjaciółmi wepchnęły moje myśli na nowe tory. Nie dać się, nie tracić zapału.

Wczoraj spotkałam się z przyjaciółką (rówieśniczką), której życie potoczyło się zupełnie inaczej, niż się tego spodziewała. Szybka znajomość, ciąża, ślub. Brzmi tragicznie? Ona powie tak: szybka znajomość z cudownym facetem, ciąża, którą prędzej czy później i tak planowała, piękny ślub (byłam, potwierdzam). Szklanka zawsze do połowy pełna. Niepoprawna optymistka, z wrodzonym talentem do sprzedaży, biznesu. Świetnie sobie radzą, działają. Nie dali się stłamsić nieoczekiwanym okolicznościom. Rozwijają się i teraz razem prą do przodu.

Dziś spotkanie z kolegą, z którym dane mi było pracować przez dłuższy czas. Jest dojrzałym facetem w kwiecie wieku, inteligentnym, bystrym. Całe życie zajmował się marketingiem, PR, działał w tej branży. Teraz, w wieku 18+ :) postawił na to, co kocha. Wbrew wszelkiej logice, wbrew utartym schematom, które teoretycznie nakazują tkwić w wyuczonym zawodzie do śmierci, on postawił na gastronomię. Jest sobie teraz sterem, kapitanem i okrętem. Gotuje, JEST SZCZĘŚLIWY. Na przekór niedowiarkom, którzy na dojrzałych najchętniej postawiliby krzyżyk.

Można? Można.

Nie jest ważny wiek, tylko nastawienie. Działanie i pewność, że warto robić to, do czego jest się przeznaczonym.
Wspomniany na początku kolega strateg mówił mi kiedyś, że marzy o życiu gdzieś na egzotycznej plaży, gdzie mógłby pisać książki. Cóż, niedługo jego książka ukaże się na rynku, więc widzę, że zmierza do wyznaczonego celu. Zwłaszcza, jeśli okaże się ona bestsellerem, czego oczywiście mu życzę:)

Im wcześniej wyrwiecie się ze szponów tych zajęć, które robicie z przymusu a nie z miłości, tym lepiej dla Was. I dla mnie. Szkoda zmuszać się do rzeczy, które najzwyczajniej w świecie nam 'nie leżą'. Szkoda życia. Jest tylko jedno. Truizm, ale prawdziwy. Życie jest jedno i zważanie na opinie innych (zwłaszcza te demotywujące) jest bez sensu. Oni wszyscy z nami nie umrą. Umrzemy sami, i warto, żebyśmy sami dla siebie to życie wygrali.