Zaczyna się jak zwykle - niewinnie. Ktoś zaprószy ogień, ktoś zostawi zapałki w dostępnym miejscu. I nagle okazuje się, że punktów zapalnych jest tak wiele.
Najgorszy jest wybuch wtedy, gdy zbliża się rozstanie. Mam tu na myśli rozstania różnorakie - zawodowe, przyjacielskie, związkowe. Każdemu z Was zdarzyło się zapewne doświadczyć na własnej skórze siły 'wygarnięcia' pretensji i żali właśnie w momencie, gdy coś zbliżało się do końca.
Ja należę do tego gatunku, który nie lubi palić mostów. Rozstawać się w złych emocjach. Gdy widzę dym, próbuję go za wszelką cenę ugasić. Za wszelką cenę. Coraz częściej zastanawiam się jednak, czy przydeptywanie niedopałków nie jest gorszym wyjściem z sytuacji? Ja chciałabym wszystko kończyć w dobrej atmosferze, wykazywać dobrą wolę, zrozumienie, tolerancję...brzmi jakoś zbyt idealnie. Może to utopijne myślenie? Myślenie - że tak się da? Przekonuję się ostatnio, że to niezwykle karkołomne przedsięwzięcie... Ludzie są różni, nie wszyscy lubią zagłaskiwanie na śmierć, ale jednocześnie prawdzie w oczy też patrzą tylko nieliczni. Stanięcie twarzą w twarz z czyjąś niepochlebną opinią, z wyrzutami, z odrobiną krytyki - nie jest proste.
Często stawiam sobie pytanie, czy większym dowodem uczucia, przyjaźni i lojalności jest zaciskanie zębów i proszenie o zgodę, czy może jednak wykładanie racji 'kawa na ławę'. Ciekawa jestem, jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii, jak Wy się zachowujecie w takich kryzysowych momentach?
Krytykę przyjmuję, ale rzadko odwzajemniam się tym samym. Jakoś trudno mi to przychodzi w stosunku do bliskich mi osób. Jednak zatrzymywanie ich za wszelką cenę kosztem szczerej (niekoniecznie miłej) rozmowy też wydaje się nie mieć sensu. Przecież na dobrą sprawę to taka rozmowa, właśnie pod tym mostem (choćby miał się on zaraz zawalić) może okazać się zbawienna.
Ale do tego trzeba ciągle uczyć się siły. Prowadzenia dyskusji, która nie rani, a edukuje poprzez uświadamianie popełnianych błędów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
piątek, 29 czerwca 2012
I ślubuję ci...
Nie, wcale nie dokończę zdania tytułowego słowami "...miłość, wierność i uczciwość małżeńską". Bo ten wpis nie jest o instytucji małżeństwa. Jest o przyjaźni, którą ta instytucja zawsze poddaje olbrzymiej próbie.
Jutro w Urzędzie Stanu Cywilnego, będę gościem na ślubie przyjaciółki, z którą znamy się od około 19. lat. Chodziłyśmy razem do podstawówki i do liceum, w czasie studiów nadal utrzymywałyśmy ze sobą kontakt, podobnie jest teraz...no właśnie. Zadaję sobie ciągle to pytanie - Jak zmienią się nasze relacje po jej ślubie?
Gdy patrzę na klasowe zdjęcie z czasów licealnych, gdy przeglądam profile na portalach społecznościowych, wtedy właśnie dociera do mnie, że w naszej klasie "mamy" już dziewięć mężatek, trzy narzeczone i czwórkę dzieci. O znajomych ze studiów czy gimnazjum nie wspominam, bo i tam jest tyle zaobrączkowanych osób, że trudno to zliczyć.
Ja, singielka, bez aspiracji do posiadania rodziny, ale za to z ogromną potrzebą posiadania przyjaciół, patrzę z trwogą na uciekający czas i nowe oblicza niektórych znajomych.
Małżeństwo zmienia. Wydaje mi się, przynajmniej na razie, że nieodwracalnie. Jedni piją sobie z dzióbków zapominając o całej reszcie znajomych. Inni grzęzną w pieluchach i tylko zupki im w głowach. Naprawdę, niezwykle ciężko znaleźć złoty środek, pomiędzy byciem żoną/mężem a przyjaciółką/przyjacielem. Niektórym się to udaje i dziękuję im za to.
Ale przyjaźń po małżeństwie to jest zawsze taki niewidzialny trójkąt. Tracisz troszkę z tej bratniej duszy, gdy pojawia się rodzina, której częścią przecież nie jesteś.
Utrzymanie takiej relacji przyjacielskiej to wysiłek nie mniejszy niż codzienna praca w związku. Dbanie o wspólne tematy, wspólny język mimo zmian priorytetów, spędzanie ze sobą czasu - przyjaciele muszą o tym pamiętać. Nie zatracać się ani w singlostwie, ani w małżeństwie.
I ślubuję ci... rozmyślałam dziś o takim przyjacielski braterstwie krwi z czasów łażenia po drzewach, skakania przez gumę i zabaw na trawniku. O wymienianych spinkach do włosów w pierwszej klasie podstawówki ze słowami: 'Teraz jesteśmy przyjaciółkami'.
Ślubuję ci nie zmieniać się. Nie oddawać swojej osobowości mężowi/żonie i zmienić się w jego/jej klon. Każdego dnia próbować się dogadać jak za starych, dobrych czasów. Pamiętać o tym, co dobre. O tym, co najważniejsze. O tym, co nas połączyło - najistotniejszym uczuciu - przyjaźni.
Jutro w Urzędzie Stanu Cywilnego, będę gościem na ślubie przyjaciółki, z którą znamy się od około 19. lat. Chodziłyśmy razem do podstawówki i do liceum, w czasie studiów nadal utrzymywałyśmy ze sobą kontakt, podobnie jest teraz...no właśnie. Zadaję sobie ciągle to pytanie - Jak zmienią się nasze relacje po jej ślubie?
Gdy patrzę na klasowe zdjęcie z czasów licealnych, gdy przeglądam profile na portalach społecznościowych, wtedy właśnie dociera do mnie, że w naszej klasie "mamy" już dziewięć mężatek, trzy narzeczone i czwórkę dzieci. O znajomych ze studiów czy gimnazjum nie wspominam, bo i tam jest tyle zaobrączkowanych osób, że trudno to zliczyć.
Ja, singielka, bez aspiracji do posiadania rodziny, ale za to z ogromną potrzebą posiadania przyjaciół, patrzę z trwogą na uciekający czas i nowe oblicza niektórych znajomych.
Małżeństwo zmienia. Wydaje mi się, przynajmniej na razie, że nieodwracalnie. Jedni piją sobie z dzióbków zapominając o całej reszcie znajomych. Inni grzęzną w pieluchach i tylko zupki im w głowach. Naprawdę, niezwykle ciężko znaleźć złoty środek, pomiędzy byciem żoną/mężem a przyjaciółką/przyjacielem. Niektórym się to udaje i dziękuję im za to.
Ale przyjaźń po małżeństwie to jest zawsze taki niewidzialny trójkąt. Tracisz troszkę z tej bratniej duszy, gdy pojawia się rodzina, której częścią przecież nie jesteś.
Utrzymanie takiej relacji przyjacielskiej to wysiłek nie mniejszy niż codzienna praca w związku. Dbanie o wspólne tematy, wspólny język mimo zmian priorytetów, spędzanie ze sobą czasu - przyjaciele muszą o tym pamiętać. Nie zatracać się ani w singlostwie, ani w małżeństwie.
I ślubuję ci... rozmyślałam dziś o takim przyjacielski braterstwie krwi z czasów łażenia po drzewach, skakania przez gumę i zabaw na trawniku. O wymienianych spinkach do włosów w pierwszej klasie podstawówki ze słowami: 'Teraz jesteśmy przyjaciółkami'.
Ślubuję ci nie zmieniać się. Nie oddawać swojej osobowości mężowi/żonie i zmienić się w jego/jej klon. Każdego dnia próbować się dogadać jak za starych, dobrych czasów. Pamiętać o tym, co dobre. O tym, co najważniejsze. O tym, co nas połączyło - najistotniejszym uczuciu - przyjaźni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
