Naprawdę cieszę się, że rozpoczęło się konklawe. Jestem przekonana, że tylko to wydarzenie może przyćmić główny temat mediów w minionym tygodniu - mianowicie śmierć naszych himalaistów.
Mój wpis na Facebooku z 7. marca wywołał dyskusję nie tylko w Internecie, lecz także u mnie w domu. Dlaczego?
Otóż dlatego, że jestem bardzo przeciwna roztrząsaniu tematu śmierci himalaistów w mediach. Mam do tego pełne prawo i nie zamierzam czuć się winna z tego powodu, że nie rozumiem pasji himalaistów i nie aprobuję jej.
Oczywiście, oni mogą robić, co chcą, to ich życie. Ale fakt, że wspinając się na szczyty, ryzykują własne zdrowie, to także tylko i wyłącznie ich sprawa, ich problem.
Znakomicie rzecz ujęła moja koleżanka, Kinga (przytaczam Jej komentarz pod moim wpisem na FB): "Wszystko
dobrze - lata przygotowań, pasja, cokolwiek. jeden lubi to, drugi
tamto. jeden siedzi przed kompem i pisze felietony, inny gania po lesie,
czy po górach, by zdobyć jakiś rekord (i wcale to nie znaczy, że
pierwszy jest gorszy od drugiego). nieważne.
chodzi o to, że realizacja pasji nie jest żadnym "bohaterstwem" (i
bohaterstwo nie jest większe, gdy jest większe ryzyko - no chyba, że
ktoś podejmuje ryzyko w obronie innych nagle, bez przygotowań, np
ratując kogoś z płonącego budynku). a w tym przypadku po prostu stało
się to, co było dość prawdopodobne i cała gadanina o tym jest jak
opowiadanie o tym, że w zimie spadł śnieg, a w lecie był upał."
Zgadzam się z jej opinią całkowicie. Niestety, media podchwyciły temat i od tygodnia bombardują tekstami: 'Karakorum - polska góra dumy, polska góra śmierci', ujęcia gór w czerni i bieli (jak gdyby zmarła ważna persona życia społecznego czy kultury).
Każda śmierć jest ciosem.
Ale nie należy rozdmuchiwać tej sytuacji i nadawać jej rangi wielkiego wyczynu. Wczoraj obejrzałam całą debatę polskich himalaistów w programie 'Tomasz Lis - Na Żywo'. Uczestniczyła w niej także żona zaginionego w 2009 r. wspinacza - Olga Morawska. Kobietę tę widziałam w telewizji także kilka godzin wcześniej. Powiedziała bardzo dojmującą rzecz, mniej więcej to, że gdy sprawa jest świeża, media się interesują, jest głośno. Ale po jakimś czasie, gdy szum medialny opada, rodzina zostaje ze śmiercią bliskiej osoby sama.
NIEMOŻLIWE?!
Opadły mi ręce, przyznam szczerze. Codziennie ludzie umierają, giną, wcale nie podejmując świadomego ryzyka. Nad nimi nie pochylają się media. Wszystkie rodziny są z tym same. Powiedzmy sobie szczerze, nie ma w tym nic dziwnego.
Dziwi mnie natomiast fakt (albo w zasadzie może już nie...), że media, które teoretycznie powinny pochylać się nad sprawami dla kraju ważnymi, przez tydzień atakują ludzi informacjami o zmarłych. Co więcej, Ministerstwo Sportu dołoży się do wyprawy na Broad Peak, która ma na celu odnalezienie ciał...
Cóż, wiem, że alpinizm jest uznawany za sport zimowy. Nie mam na to wpływu, ale mam prawo się z tym nie zgadzać.
Oprócz wytartych już sloganów w stylu 'pokonywanie własnych barier', 'pasja ponad życie' itp, nie widzę żadnych korzyści z takiego zdobywania szczytów. Ani to wychowawcze, ani rozsądne...nikt w telewizji, żaden ze wspinaczy, nie mówi o ogólnych dla społeczeństwa profitach z uprawiania wspinaczki. Mówią li tylko o sobie. Dlaczego więc egoistyczna aktywność jest tak szeroko komentowana?
Współczuję rodzinie zmarłych. Ale nie bardziej, niż rodzinom wszystkich ludzi, którzy zginęli w wypadkach. Himalaiści nie są dla mnie bohaterami. Po prostu.
wtorek, 12 marca 2013
środa, 13 lutego 2013
Rok temu
W przeddzień walentynek, kiedy z wystaw sklepowych i kawiarenek wylewają się czerwone serduszka, single pytają - WHAT THE FUCK. Ja też pytam, zwłaszcza, że okolice walentynkowe kojarzą mi się przynajmniej od roku dość średnio.
Rok temu, dokladnie o tej porze, siedziałam w warszawskiej, cudnej restauracji Frida. siedziałam tam na pierwszej randce w ciemno z kimś, kto okazał się bardzo ważny w moim życiu. Na ulicach leżał śnieg, było trochę zimniej niż dzisiaj. Piliśmy kawę, gadaliśmy o wszystkim. Mam w komórce SMS, który przysłał wieczorem po spotkaniu. Prośba o kontynuację.
Kontynuowaliśmy to ponad trzy miesiące, dla mnie to długo. W wielu kwestiach to było emocjonalne otwarcie drzwi w moim życiu...ten etap zakończył się, nie z mojej inicjatywy. Mieliśmy/mamy sporadyczny kontakt. Myślę bardzo często o tym, co było. O słowach, gestach. Mam maile i SMS-y, a minął rok.
Czy żałosna jest nieumiejętność zamykania za sobą drzwi?
Mój kolega miał dziewczynę. Kilka lat mieszkali ze sobą, rozstali się. A wczoraj na Pudelku patrzę, a tam jego była...po kilku miesiącach znajomości wzięła ślub ze znanym aktorem, teraz podobno namawia go na dziecko...czy mój kolega cierpi, gdy to widzi? Czy zamknął już tamten rozdział?
Czy to dziwne, że niczym flashback pojawiają się w głowie sytuacje, jakich doświadczyliśmy z daną osobą?
Wysłałam mu dzisiaj mail. Krótki, co tam słychać, rok temu się poznaliśmy. Tyle. odpisał, bardzo miło...oprócz tego, że od trzech miesięcy mieszka z dziewczyną. Z całego serca życzę mu dobrze, ale wiem, że jemu jest teraz lepiej niż mi. Pod wieloma różnymi względami. Więc boli.
Pozamykać drzwi, zakończyć rozdziały, zaszyć to, co było. ASAP.
Rok temu, dokladnie o tej porze, siedziałam w warszawskiej, cudnej restauracji Frida. siedziałam tam na pierwszej randce w ciemno z kimś, kto okazał się bardzo ważny w moim życiu. Na ulicach leżał śnieg, było trochę zimniej niż dzisiaj. Piliśmy kawę, gadaliśmy o wszystkim. Mam w komórce SMS, który przysłał wieczorem po spotkaniu. Prośba o kontynuację.
Kontynuowaliśmy to ponad trzy miesiące, dla mnie to długo. W wielu kwestiach to było emocjonalne otwarcie drzwi w moim życiu...ten etap zakończył się, nie z mojej inicjatywy. Mieliśmy/mamy sporadyczny kontakt. Myślę bardzo często o tym, co było. O słowach, gestach. Mam maile i SMS-y, a minął rok.
Czy żałosna jest nieumiejętność zamykania za sobą drzwi?
Mój kolega miał dziewczynę. Kilka lat mieszkali ze sobą, rozstali się. A wczoraj na Pudelku patrzę, a tam jego była...po kilku miesiącach znajomości wzięła ślub ze znanym aktorem, teraz podobno namawia go na dziecko...czy mój kolega cierpi, gdy to widzi? Czy zamknął już tamten rozdział?
Czy to dziwne, że niczym flashback pojawiają się w głowie sytuacje, jakich doświadczyliśmy z daną osobą?
Wysłałam mu dzisiaj mail. Krótki, co tam słychać, rok temu się poznaliśmy. Tyle. odpisał, bardzo miło...oprócz tego, że od trzech miesięcy mieszka z dziewczyną. Z całego serca życzę mu dobrze, ale wiem, że jemu jest teraz lepiej niż mi. Pod wieloma różnymi względami. Więc boli.
Pozamykać drzwi, zakończyć rozdziały, zaszyć to, co było. ASAP.
środa, 30 stycznia 2013
Bejbi blues? Rock'n'roll raczej!
Parę dni temu wybrałam się z koleżanką na 'Bejbi blues'. Po seansie zaległa w sali głucha cisza. Powodów, jak sądzę, może być kilka.
Po pierwsze - pogoda jest tak beznadziejna, że ten 'blues' wydaje mi się idealny do opisania właśnie dzisiaj. Po drugie, nie kumam, czemu na plakatach napisane jest 'Bejbi blues', a w kinie na początku filmu - 'Baby blues'. Trochę mi to nie pasuje i wolałabym widzieć tu 'jednolitość tytułową'.
Ale do rzeczy.
Polski film o warszawskich licealistach, borykających się z wieloma problemami, zazwyczaj zbyt trudnymi jak na swój wiek. Szesnastolatka zachodzi w ciążę, bo chce mieć kogoś, kogo będzie kochać bezwarunkowo. Kogo obdarzy uczuciem, jakiego nie otrzymała od własnej matki (interesująca rola Magdaleny Boczarskiej). Ojciec dziecka, maturzysta, ma swój świat - to zioło, kumple i deskorolka. No, jeśli teraz tak wyglądają 'prawie studenci', to nasz kraj zmierza w złym kierunku.
Film jest zbiorem scen pokazujących tragiczną wręcz niemoc młodych ludzi, zagubienie, umęczenie, chaos i bezradność.
Ale widzę też drugie dno, pewną płaszczyznę, którą Katarzyna Rosłaniec zaprezentowała już w 'Galeriankach'. A mianowicie egoizm dzisiejszych nastolatków, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko. W 'Galeriankach' byłą sprzedaż ciała, w 'Bejbi blues' jest jeszcze gorzej, bo gdzieś pomiędzy tymi egoistami jest niemowlak. Ale dziecko nie przeszkadza jarać zioła, wciągnąć krechy czy zrobić loda na zapleczu, byleby otrzymać wymarzoną 'fashion job'.
Pierwszą rzeczą, jaką powiedziałam koleżance po wyjściu z kina było: 'My chyba w liceum nie byłyśmy aż tak głupie?' I pominę to fakt, że nie myślałyśmy o robieniu 'dziecka do kochania'. Przede wszystkim - miałyśmy i mamy jakieś autorytety. Koka na początku liceum nam się nawet nie śniła, podobnie jak wielkie imprezy w opuszczonych kościołach itp itd. Nadal będę podtrzymywać swój sąd, że wychowanie poza miastem, a wychowanie np. w Warszawie jest inne, inny jest dostęp do używek i złych wpływów. Inni bywają też rodzice.
Choć 'Bejbi blues' nie jest filmem wybitnym, to z pewnością warto go zobaczyć. Warto spojrzeć, jak portretują dzisiejszą Polskę artyści. Cisza po seansie mogła być spowodowana dość porażającą końcówką, choć generalnie ten film jest bardzo przytłaczający. Głupota młodzieży i jeszcze większa głupota dorosłych, niestety.
Teraz ostrzę zęby na 'Drogówkę', ale Smarzowski to jest akurat klasa sama w sobie:)
Smutna jest ta rzeczywistość, smutni są młodzi ludzie, których zupełnie nikt nie nauczył, jak żyć.
Po pierwsze - pogoda jest tak beznadziejna, że ten 'blues' wydaje mi się idealny do opisania właśnie dzisiaj. Po drugie, nie kumam, czemu na plakatach napisane jest 'Bejbi blues', a w kinie na początku filmu - 'Baby blues'. Trochę mi to nie pasuje i wolałabym widzieć tu 'jednolitość tytułową'.
Ale do rzeczy.
Polski film o warszawskich licealistach, borykających się z wieloma problemami, zazwyczaj zbyt trudnymi jak na swój wiek. Szesnastolatka zachodzi w ciążę, bo chce mieć kogoś, kogo będzie kochać bezwarunkowo. Kogo obdarzy uczuciem, jakiego nie otrzymała od własnej matki (interesująca rola Magdaleny Boczarskiej). Ojciec dziecka, maturzysta, ma swój świat - to zioło, kumple i deskorolka. No, jeśli teraz tak wyglądają 'prawie studenci', to nasz kraj zmierza w złym kierunku.
Film jest zbiorem scen pokazujących tragiczną wręcz niemoc młodych ludzi, zagubienie, umęczenie, chaos i bezradność.
Ale widzę też drugie dno, pewną płaszczyznę, którą Katarzyna Rosłaniec zaprezentowała już w 'Galeriankach'. A mianowicie egoizm dzisiejszych nastolatków, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko. W 'Galeriankach' byłą sprzedaż ciała, w 'Bejbi blues' jest jeszcze gorzej, bo gdzieś pomiędzy tymi egoistami jest niemowlak. Ale dziecko nie przeszkadza jarać zioła, wciągnąć krechy czy zrobić loda na zapleczu, byleby otrzymać wymarzoną 'fashion job'.
Pierwszą rzeczą, jaką powiedziałam koleżance po wyjściu z kina było: 'My chyba w liceum nie byłyśmy aż tak głupie?' I pominę to fakt, że nie myślałyśmy o robieniu 'dziecka do kochania'. Przede wszystkim - miałyśmy i mamy jakieś autorytety. Koka na początku liceum nam się nawet nie śniła, podobnie jak wielkie imprezy w opuszczonych kościołach itp itd. Nadal będę podtrzymywać swój sąd, że wychowanie poza miastem, a wychowanie np. w Warszawie jest inne, inny jest dostęp do używek i złych wpływów. Inni bywają też rodzice.
Choć 'Bejbi blues' nie jest filmem wybitnym, to z pewnością warto go zobaczyć. Warto spojrzeć, jak portretują dzisiejszą Polskę artyści. Cisza po seansie mogła być spowodowana dość porażającą końcówką, choć generalnie ten film jest bardzo przytłaczający. Głupota młodzieży i jeszcze większa głupota dorosłych, niestety.
Teraz ostrzę zęby na 'Drogówkę', ale Smarzowski to jest akurat klasa sama w sobie:)
Smutna jest ta rzeczywistość, smutni są młodzi ludzie, których zupełnie nikt nie nauczył, jak żyć.
piątek, 4 stycznia 2013
Święta, święta i po świętach!
Wreszcie czy niestety?:) Postanowiłam przeczekać okres świąteczno - noworoczny i teraz coś napisać. Mam nadzieję, że żyjecie po sylwestrze:)
Jak to bywa w przypadku jedynaczki gotująco - sprzątającej, święta mijają mi bardzo pracowicie. Ale nie narzekam, lubię pomagać w tych wszystkich przygotowaniach. Wigilię wyjątkowo spędzaliśmy w nowym domu chrzestnego i nawet było mi przykro, że nie mogłam ugotować zupy grzybowej, bo tę przechwyciła ciocia;) Ale pierogi robiłam obowiązkowo!
Święta minęły szybko (jak zwykle). W okresie 'pomiędzy' spotkałam się z paroma znajomymi, co poczytuję jako cudowny przerywnik od ślęczenia przed komputerem i poszukiwania pracy. Od 15. grudnia do 6. stycznia rynek pracy zamiera, to truizm. Nadal poszukują głównie stażystów i praktykantów. Dziękuję, postoję.
Sylwester to była czaderska domówka na Ursynowie. Nikogo nie znałam poza Mileną, z którą się tam zjawiłam:) Mimo to o drugiej w nocy wszyscy tańczyliśmy poloneza, a od Gangnam Style nadal bolą mnie nogi;) I choć wolę imprezy klubowe od domówek, to bardzo dobrze się bawiłam, muszę przyznać.
No, udało mi się w trzech akapitach streścić ostatnie tygodnie.
Oczywiście Nowy Rok to multum postanowień noworocznych, którymi zasypywane są tablice na FB. Ja zawzięłam się i mam zamiar szybko wrócić do jesiennej formy szpagatowej, czyli codzienne rozciąganie na całego;) Pomaga w tych ćwiczeniach mój kocurek, który jest u nas w domu od kilku tygodni:)) Daje wszystkim naprawdę niezły wycisk!
Tych postanowień noworocznych jest jeszcze kilka...znaleźć pracę, wyprowadzić się, dokończyć pisanie książki...w tym roku dorzucam całkowite uodpornienie się na krytykę, która zabija. Szczerze mówiąc pomyślałam, że pechowa trzynastka mogłaby być także dobrym momentem do zaprowadzenia zmian w życiu prywatnym. Zobaczymy, jak to będzie. Prawda jest taka, że układamy w głowach te postanowienia może nawet nie po to, by je zrealizować, ale by samemu dać sobie nadzieję na to, że jeszcze mamy jakiś zapał, że warto COŚ w tym nowym roku robić.
Potem zazwyczaj wychodzi jak zwykle, ALE zaznaczam - zazwyczaj:) Może w tym roku coś się ruszy na plus?
Pamiętajcie - nadzieja, choć jest matką głupich, umiera ostatnia, więc nie warto jej odrzucać. ;)
Jak to bywa w przypadku jedynaczki gotująco - sprzątającej, święta mijają mi bardzo pracowicie. Ale nie narzekam, lubię pomagać w tych wszystkich przygotowaniach. Wigilię wyjątkowo spędzaliśmy w nowym domu chrzestnego i nawet było mi przykro, że nie mogłam ugotować zupy grzybowej, bo tę przechwyciła ciocia;) Ale pierogi robiłam obowiązkowo!
Święta minęły szybko (jak zwykle). W okresie 'pomiędzy' spotkałam się z paroma znajomymi, co poczytuję jako cudowny przerywnik od ślęczenia przed komputerem i poszukiwania pracy. Od 15. grudnia do 6. stycznia rynek pracy zamiera, to truizm. Nadal poszukują głównie stażystów i praktykantów. Dziękuję, postoję.
Sylwester to była czaderska domówka na Ursynowie. Nikogo nie znałam poza Mileną, z którą się tam zjawiłam:) Mimo to o drugiej w nocy wszyscy tańczyliśmy poloneza, a od Gangnam Style nadal bolą mnie nogi;) I choć wolę imprezy klubowe od domówek, to bardzo dobrze się bawiłam, muszę przyznać.
No, udało mi się w trzech akapitach streścić ostatnie tygodnie.
Oczywiście Nowy Rok to multum postanowień noworocznych, którymi zasypywane są tablice na FB. Ja zawzięłam się i mam zamiar szybko wrócić do jesiennej formy szpagatowej, czyli codzienne rozciąganie na całego;) Pomaga w tych ćwiczeniach mój kocurek, który jest u nas w domu od kilku tygodni:)) Daje wszystkim naprawdę niezły wycisk!
Tych postanowień noworocznych jest jeszcze kilka...znaleźć pracę, wyprowadzić się, dokończyć pisanie książki...w tym roku dorzucam całkowite uodpornienie się na krytykę, która zabija. Szczerze mówiąc pomyślałam, że pechowa trzynastka mogłaby być także dobrym momentem do zaprowadzenia zmian w życiu prywatnym. Zobaczymy, jak to będzie. Prawda jest taka, że układamy w głowach te postanowienia może nawet nie po to, by je zrealizować, ale by samemu dać sobie nadzieję na to, że jeszcze mamy jakiś zapał, że warto COŚ w tym nowym roku robić.
Potem zazwyczaj wychodzi jak zwykle, ALE zaznaczam - zazwyczaj:) Może w tym roku coś się ruszy na plus?
Pamiętajcie - nadzieja, choć jest matką głupich, umiera ostatnia, więc nie warto jej odrzucać. ;)
środa, 12 grudnia 2012
sztuka
Na razie jeszcze przez małe 's'. Nigdy bowiem profesjonalnie nie uczyłam się malować i nie mówię, że tego nie widać. Pewnie widać. Nie powstrzymuje mnie to jednak od tworzenia kolejnych obrazów:)
Zawsze interesowały mnie kolory, poznanie zmysłowe. Bogactwo barw jest czymś cudownym. Doceniam to poprzez makijaże, ubrania, ale też malując. Każde 'pierwsze dotknięcie' pędzlem płótna wywołuje dreszcz. Przyznam, że podobny do erotycznego dotyku. O niczym nie myślę, gdy maluję. To jest tylko dla mnie, to jest coś intymnego, prowatnego, mojego. Czuję wtedy, że żyję, że robię coś, co dla mnie ma sens. To daje mi (choćby chwilowe) poczucie szczęścia.
Poniżej próbka tego, co maluję:)
Ostatnia praca. To jest kobiecy portret, choć niektórzy widzą tu krokusa lub penisa:) Wczoraj wieczorem urodziło się w głowie kilka pomysłów na całą serię minimalistycznych portretów, czyli ciąg dalszy nastąpi...
Technika: suche pastele na płótnie.
Babcia - Zenobia Pokora. Zmarła drugiego grudnia, rok temu. Ukochana osoba. Ten portret otrzymała w prezencie gwiazdkowym moja Mama.
Technika: suche pastele na płótnie.
Kocham kolory, eksperymenty i grubo nałożoną farbę, która według mnie daje cudowny efekt przestrzenności.
Kiedyś w Muzeum Narodowym prawie w ekstazę wprawił mnie 'Nec Mergitur' Ferdynanda Ruszczyca . Ten obraz 'siedzi' we mnie każdego dnia, co może czasem widać:))
Technika: olej na płótnie.
Zawsze maluję w momentach dla mnie ważnych. Ten obraz powstał w wyniku zagmatwanych relacji z pewną osobą. Było mi po prostu źle, a dwa splecione płatki miały symbolizować resztki nadziei. Jednak jak to z kwiatami bywa, nie są one zbyt trwałe...
Technika: olej na płótnie.
Interesuje mnie malowanie kobiet i kwiatów (choć często w nieco abstrakcyjnym.
W absolutnie intuicyjny sposób te dwa obszary się przenikają i długo by mówić i pisać o tym, czemu kwiaty przenikają mi w kobiety i na odwrót.
Technika: olej na płótnie.
Kolejny kwiat. Mocne kolory, odrobinę odrealnienia, kobiece linie...
Technika: olej na płótnie.
Kwiaty w aurze mroku i tajemniczości, tak jak lubię:)
Teraz znacie mnie bardziej, przynajmniej o te kilka intymnych kawałeczków.
Zawsze interesowały mnie kolory, poznanie zmysłowe. Bogactwo barw jest czymś cudownym. Doceniam to poprzez makijaże, ubrania, ale też malując. Każde 'pierwsze dotknięcie' pędzlem płótna wywołuje dreszcz. Przyznam, że podobny do erotycznego dotyku. O niczym nie myślę, gdy maluję. To jest tylko dla mnie, to jest coś intymnego, prowatnego, mojego. Czuję wtedy, że żyję, że robię coś, co dla mnie ma sens. To daje mi (choćby chwilowe) poczucie szczęścia.
Poniżej próbka tego, co maluję:)
Ostatnia praca. To jest kobiecy portret, choć niektórzy widzą tu krokusa lub penisa:) Wczoraj wieczorem urodziło się w głowie kilka pomysłów na całą serię minimalistycznych portretów, czyli ciąg dalszy nastąpi...
Technika: suche pastele na płótnie.
Babcia - Zenobia Pokora. Zmarła drugiego grudnia, rok temu. Ukochana osoba. Ten portret otrzymała w prezencie gwiazdkowym moja Mama.
Technika: suche pastele na płótnie.
Kocham kolory, eksperymenty i grubo nałożoną farbę, która według mnie daje cudowny efekt przestrzenności.
Kiedyś w Muzeum Narodowym prawie w ekstazę wprawił mnie 'Nec Mergitur' Ferdynanda Ruszczyca . Ten obraz 'siedzi' we mnie każdego dnia, co może czasem widać:))
Technika: olej na płótnie.
Zawsze maluję w momentach dla mnie ważnych. Ten obraz powstał w wyniku zagmatwanych relacji z pewną osobą. Było mi po prostu źle, a dwa splecione płatki miały symbolizować resztki nadziei. Jednak jak to z kwiatami bywa, nie są one zbyt trwałe...
Technika: olej na płótnie.
Interesuje mnie malowanie kobiet i kwiatów (choć często w nieco abstrakcyjnym.
W absolutnie intuicyjny sposób te dwa obszary się przenikają i długo by mówić i pisać o tym, czemu kwiaty przenikają mi w kobiety i na odwrót.
Technika: olej na płótnie.
Technika: olej na płótnie.
Kwiaty w aurze mroku i tajemniczości, tak jak lubię:)
Teraz znacie mnie bardziej, przynajmniej o te kilka intymnych kawałeczków.
niedziela, 9 grudnia 2012
Zimowy sen
Od piątku mam ochotę zapaść w sen zimowy i obudzić się w lepszym świecie. Śpiewających ptaków, słońca, spokoju i przede wszystkim - perspektyw.
Od piątku zasilam szeregi tych, którzy pracy nie mają. Mimo wyższego uniwersyteckiego wykształcenia, doświadczenia zawodowego, młodości. Okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo zdobyć pracę, która będzie satysfakcjonująca i w której będziey mogli zatrzymać się na dłużej.
Ostatnie trzy miesiące, to był prawdziwy rollercoaster...niewiarygodne emocje, stres, radość, płacz, wyjazdy, gonitwa myśli, wielu nowych współpracowników... Praca, jak każda inna, miała swoje plusy i minusy. Nie nabrałam jeszcze odpowiedniego dystansu, dlatego trudno mi powiedzieć, czego tak naprawdę było więcej. Niewątpliwie jednak byla to intensywna szkoła wielozadaniowości i odporności na stres.
Jutro poniedziałek i już myślę o tym, że nie będę musiała wstać o tej 6:20. Że znów rozpoczyna się okres ślęczenia przed komputerem i wysyłania CV. Wczoraj rekrutacja do jednej z korporacji zajęła mi bite dwie godziny, dlatego faktycznie, szukanie pracy to praca na pełen etat.
Internet pełen jest stron i profili w stylu: ruch wkurwionych/oburzonych/młodzi wykształceni bezrobotni itd.
Ja wśród moich znajomych mam wiele osób, które pracy poszukują. Niektórzy mają dwa fakultety, znają języki, mają doświadczenie. Teoretycznie idealni pracownicy. W praktyce albo brak im (nam?) odpowiednich znajomości, wymagania finansowe są zbyt duże albo po prostu, spośród kilkuset nadesłanych CV nasze zagubiło się w czasoprzestrzeni.
Przeglądałam już oferty pracy w Norwegii, Anglii, nawet w Australii. Zastanawiam się, czy muszę podzielić los polskich emigrantów. Czy tego chcę? Myślę sobie, że Polska to mój kraj, że wyjazdy, zwiedzanie, a życie poza granicami ojczyzny to jednak coś innego.
Nie wiem naprawdę, jak potoczą się moje losy. Co stanie się z moimi znajomymi. Czy z uniwersyteckim dyplomem czeka nas zmywak albo zawijanie kebabów? Czy naprawdę bez znajomości, sprzedawania swojego ciała (wiele jest ogłoszeń z drugim dnem...) i dawania łapówek, nie mamy co liczyć na pracę zgodną z naszymi pasjami?
Tak łatwo jednak się nie poddam. Wyjazd to ostateczność. Wolny czas zamierzam dobrze wykorzystać. Dokończę pisanie książki, namaluję obrazy, odwiedzę kilka firm - wreszcie spotkam się z kilkorgiem znajomych, których zaniedbałam, żyjąc od rana do nocy w pracy.
Oby ten zimowy sen nie okazał się koszmarem, trzymajcie kciuki!:)
Od piątku zasilam szeregi tych, którzy pracy nie mają. Mimo wyższego uniwersyteckiego wykształcenia, doświadczenia zawodowego, młodości. Okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo zdobyć pracę, która będzie satysfakcjonująca i w której będziey mogli zatrzymać się na dłużej.
Ostatnie trzy miesiące, to był prawdziwy rollercoaster...niewiarygodne emocje, stres, radość, płacz, wyjazdy, gonitwa myśli, wielu nowych współpracowników... Praca, jak każda inna, miała swoje plusy i minusy. Nie nabrałam jeszcze odpowiedniego dystansu, dlatego trudno mi powiedzieć, czego tak naprawdę było więcej. Niewątpliwie jednak byla to intensywna szkoła wielozadaniowości i odporności na stres.
Jutro poniedziałek i już myślę o tym, że nie będę musiała wstać o tej 6:20. Że znów rozpoczyna się okres ślęczenia przed komputerem i wysyłania CV. Wczoraj rekrutacja do jednej z korporacji zajęła mi bite dwie godziny, dlatego faktycznie, szukanie pracy to praca na pełen etat.
Internet pełen jest stron i profili w stylu: ruch wkurwionych/oburzonych/młodzi wykształceni bezrobotni itd.
Ja wśród moich znajomych mam wiele osób, które pracy poszukują. Niektórzy mają dwa fakultety, znają języki, mają doświadczenie. Teoretycznie idealni pracownicy. W praktyce albo brak im (nam?) odpowiednich znajomości, wymagania finansowe są zbyt duże albo po prostu, spośród kilkuset nadesłanych CV nasze zagubiło się w czasoprzestrzeni.
Przeglądałam już oferty pracy w Norwegii, Anglii, nawet w Australii. Zastanawiam się, czy muszę podzielić los polskich emigrantów. Czy tego chcę? Myślę sobie, że Polska to mój kraj, że wyjazdy, zwiedzanie, a życie poza granicami ojczyzny to jednak coś innego.
Nie wiem naprawdę, jak potoczą się moje losy. Co stanie się z moimi znajomymi. Czy z uniwersyteckim dyplomem czeka nas zmywak albo zawijanie kebabów? Czy naprawdę bez znajomości, sprzedawania swojego ciała (wiele jest ogłoszeń z drugim dnem...) i dawania łapówek, nie mamy co liczyć na pracę zgodną z naszymi pasjami?
Tak łatwo jednak się nie poddam. Wyjazd to ostateczność. Wolny czas zamierzam dobrze wykorzystać. Dokończę pisanie książki, namaluję obrazy, odwiedzę kilka firm - wreszcie spotkam się z kilkorgiem znajomych, których zaniedbałam, żyjąc od rana do nocy w pracy.
Oby ten zimowy sen nie okazał się koszmarem, trzymajcie kciuki!:)
poniedziałek, 12 listopada 2012
Mistrz i Justyna
Od kilku dni motyle w brzuchu, radość niepomierna. Tak, to jest miłość. Miłość do Talentu przez duże T. Obdarowany talentem jest Jerzy Radziwiłowicz. Najważniejszy dla mnie aktor, mój numer 1.
Opowiem Wam, jak to się zaczęło. W drugiej klasie liceum w książce od polskiego zobaczyłam zdjęcie, kadr z 'Człowieka z marmuru'. Przystojny facet trzymający czerwone róże. Oczywiście pan Jerzy. O tym zdjęciu, filmie i nieznanym mi wcześniej (co za wstyd!) aktorze zaczęła opowiadać mi wspaniała polonistka - Monika Cylke. Rozpływała się w zachwytach, dlatego ufając jej bezbłędnemu gustowi, postanowiłam pogrzebać trochę i dowiedzieć się, co to w ogóle za aktor;)
I wzięło mnie. Od razu.
Zaczęłam jeździć do Teatru Narodowego na wszystkie przedstawienia z Jego udziałem. Do tej pory miałam przyjemność obejrzeć te spektakle z Jego udziałem:
'Nie-boska komedia'
'Otello'
'Umowa, czyli łajdak ukarany'
'Miłość na Krymie'
'Kreacja'
'Ifigenia'
'Tartuffe'
'Sprawa'
'Natan Mędrzec'
Oprócz tego oczywiście Teatr Telewizji, filmy, wspaniały serial 'Glina'.
Naturalnie zaczęłam interesować się tym, jakim jest człowiekiem. Ten, który mnie artystycznie nigdy nie zawiódł.
Muszę Wam dodać, co najbliżsi oczywiście wiedzą, że na każdy spektakl idę z różą, a po spektaklu wymieniamy uwagi, chwilkę dyskutujemy. Na początku wręczałam mu różę na scenie, ale w końcu mnie pogonili, bo wyróżniałam jednego aktora i reszcie było przykro;) W zasadzie słusznie zrobili, bo ekipa Narodowego jest fantastyczna i faktycznie, każdemu należą się kwiaty za wykonaną pracę.
Jerzy w paru wywiadach przyznał się do fascynacji muzyką fado. Oczywiście na urodziny wręczyłam mu dwupłytowe wydawnictwo z muzyką fado i nie był to jedyny prezent, jaki dla niego miałam;)
Lubię to. Czuję, że w ten sposób mogę mu podziękować. Słowa to dla mnie za mało!
Wszystko się pięknie w ostatnich dniach ułożyło. W księgarniach pojawiła się absolutnie porywająca książka 'Wszystko jest lekko dziwne'.
To wywiad-rzeka Łukasza Maciejewskiego z Radziwiłowiczem. Majstersztyk. Już zdobyłam zaproszenie na oficjalne spotkanie promocyjne, 19. listopada w Scenie Studio w Narodowym.
Wczoraj za to byłam na spektaklu 'Natan Mędrzec'. Premiera przedwczoraj, więc spektakl świeżutki i pachnący. I tak niesamowicie mądry, refleksyjny - obowiązkowo!!!
Miałam różę oczywiście, miałam książkę do podpisu. Dostalam dedykację:
i miałam drobny prezent dla pana Jerzego.
Otóż w wywiadzie sprzed paru lat, jaki z Mistrzem przeprowadziła Małgorzata Domagalik, aktor przyznał się, że uwielbia książki z nierozciętymi stronami. Takie dziewicze, których nikt przed nim nie czytał.
Powiedziałam o tym mojemu wykładowcy, doktorowi Tadeuszowi Komendantowi, wspaniałemu teoretykowi literatury. Pół roku po skończonych zajęciach, złapał mnie na korytarzu Wydziału Polonistyki i wręczył mi 'Zakonnicę' Diderot z 54' roku. Nierozciętą.
Oczywiście pan Jerzy wczoraj 'Zakonnicę' otrzymał:))) Cudnie się złożyło, bo jest rozmiłowany w literaturze francuskiej.
No i tak moi drodzy. Pewnie część z Was pomyśli, że mam źle z głową, że zajmuję się jakimiś bzdurami. Ale ja szczerze uwielbiam tego człowieka. I każdego dnia chciałabym dziękować mu za te artystyczne uniesienia, jakich doświadczam, gdy obserwuję go, kiedy gra.
Poza tym ujmuje mnie Jego podejście do świata, do życia. Jego głos (baryton), sposób mówienia, jego chropowata męskość i styl bycia.
Fantastyczny, mądry i skromny człowiek. Bardzo ciepły przy bliższym poznaniu.
On ma 62 lata, można rzec - nie jest już młodzieniaszkiem, a ja stale obserwuję Jego rozwój. To niesamowite, jaką w sobie nosi paletę barw, emocji.
Na koniec cytat z książki. Idealnie obrazuje podejście Jerzego do aktorstwa i sądzę, że ten właśnie sposób myślenia jest przyczyną Jego sukcesu:
Maciejewski: "...wydaje mi się, że pamięć aktora jest wyćwiczona. Inaczej zapamiętujecie. Mówię o metodzie na tak zwaną 'pamkę'.
Radziwiłowicz: 'Tekst to jest coś takiego, co aktor przyswaja mechanicznie, tak jak na przykład muzyk mechanicznie uczy się palcowania. To musi pracować samo i dopiero wtedy można nad tym panować, posługiwać się tym w ogóle, myśleć o jakimś wyrazie. (...) Często interesuje ludzi właśnie to, jak się można tyle tekstu na pamięć nauczyć i do tego często sprowadzają całą zasadniczą trudność naszego zawodu. Powiedziałbym, że to nie ma jeszcze nic wspólnego z tym zawodem."
Chyba wielu 'aktorów' o tym zapomina...
Chodźcie do Teatru Narodowego oglądać Mistrza - warto!:))
Opowiem Wam, jak to się zaczęło. W drugiej klasie liceum w książce od polskiego zobaczyłam zdjęcie, kadr z 'Człowieka z marmuru'. Przystojny facet trzymający czerwone róże. Oczywiście pan Jerzy. O tym zdjęciu, filmie i nieznanym mi wcześniej (co za wstyd!) aktorze zaczęła opowiadać mi wspaniała polonistka - Monika Cylke. Rozpływała się w zachwytach, dlatego ufając jej bezbłędnemu gustowi, postanowiłam pogrzebać trochę i dowiedzieć się, co to w ogóle za aktor;)
I wzięło mnie. Od razu.
Zaczęłam jeździć do Teatru Narodowego na wszystkie przedstawienia z Jego udziałem. Do tej pory miałam przyjemność obejrzeć te spektakle z Jego udziałem:
'Nie-boska komedia'
'Otello'
'Umowa, czyli łajdak ukarany'
'Miłość na Krymie'
'Kreacja'
'Ifigenia'
'Tartuffe'
'Sprawa'
'Natan Mędrzec'
Oprócz tego oczywiście Teatr Telewizji, filmy, wspaniały serial 'Glina'.
Naturalnie zaczęłam interesować się tym, jakim jest człowiekiem. Ten, który mnie artystycznie nigdy nie zawiódł.
Muszę Wam dodać, co najbliżsi oczywiście wiedzą, że na każdy spektakl idę z różą, a po spektaklu wymieniamy uwagi, chwilkę dyskutujemy. Na początku wręczałam mu różę na scenie, ale w końcu mnie pogonili, bo wyróżniałam jednego aktora i reszcie było przykro;) W zasadzie słusznie zrobili, bo ekipa Narodowego jest fantastyczna i faktycznie, każdemu należą się kwiaty za wykonaną pracę.
Jerzy w paru wywiadach przyznał się do fascynacji muzyką fado. Oczywiście na urodziny wręczyłam mu dwupłytowe wydawnictwo z muzyką fado i nie był to jedyny prezent, jaki dla niego miałam;)
Lubię to. Czuję, że w ten sposób mogę mu podziękować. Słowa to dla mnie za mało!
Wszystko się pięknie w ostatnich dniach ułożyło. W księgarniach pojawiła się absolutnie porywająca książka 'Wszystko jest lekko dziwne'.
To wywiad-rzeka Łukasza Maciejewskiego z Radziwiłowiczem. Majstersztyk. Już zdobyłam zaproszenie na oficjalne spotkanie promocyjne, 19. listopada w Scenie Studio w Narodowym.
Wczoraj za to byłam na spektaklu 'Natan Mędrzec'. Premiera przedwczoraj, więc spektakl świeżutki i pachnący. I tak niesamowicie mądry, refleksyjny - obowiązkowo!!!
Miałam różę oczywiście, miałam książkę do podpisu. Dostalam dedykację:
i miałam drobny prezent dla pana Jerzego.
Otóż w wywiadzie sprzed paru lat, jaki z Mistrzem przeprowadziła Małgorzata Domagalik, aktor przyznał się, że uwielbia książki z nierozciętymi stronami. Takie dziewicze, których nikt przed nim nie czytał.
Powiedziałam o tym mojemu wykładowcy, doktorowi Tadeuszowi Komendantowi, wspaniałemu teoretykowi literatury. Pół roku po skończonych zajęciach, złapał mnie na korytarzu Wydziału Polonistyki i wręczył mi 'Zakonnicę' Diderot z 54' roku. Nierozciętą.
Oczywiście pan Jerzy wczoraj 'Zakonnicę' otrzymał:))) Cudnie się złożyło, bo jest rozmiłowany w literaturze francuskiej.
No i tak moi drodzy. Pewnie część z Was pomyśli, że mam źle z głową, że zajmuję się jakimiś bzdurami. Ale ja szczerze uwielbiam tego człowieka. I każdego dnia chciałabym dziękować mu za te artystyczne uniesienia, jakich doświadczam, gdy obserwuję go, kiedy gra.
Poza tym ujmuje mnie Jego podejście do świata, do życia. Jego głos (baryton), sposób mówienia, jego chropowata męskość i styl bycia.
Fantastyczny, mądry i skromny człowiek. Bardzo ciepły przy bliższym poznaniu.
On ma 62 lata, można rzec - nie jest już młodzieniaszkiem, a ja stale obserwuję Jego rozwój. To niesamowite, jaką w sobie nosi paletę barw, emocji.
Na koniec cytat z książki. Idealnie obrazuje podejście Jerzego do aktorstwa i sądzę, że ten właśnie sposób myślenia jest przyczyną Jego sukcesu:
Maciejewski: "...wydaje mi się, że pamięć aktora jest wyćwiczona. Inaczej zapamiętujecie. Mówię o metodzie na tak zwaną 'pamkę'.
Radziwiłowicz: 'Tekst to jest coś takiego, co aktor przyswaja mechanicznie, tak jak na przykład muzyk mechanicznie uczy się palcowania. To musi pracować samo i dopiero wtedy można nad tym panować, posługiwać się tym w ogóle, myśleć o jakimś wyrazie. (...) Często interesuje ludzi właśnie to, jak się można tyle tekstu na pamięć nauczyć i do tego często sprowadzają całą zasadniczą trudność naszego zawodu. Powiedziałbym, że to nie ma jeszcze nic wspólnego z tym zawodem."
Chyba wielu 'aktorów' o tym zapomina...
Chodźcie do Teatru Narodowego oglądać Mistrza - warto!:))
Subskrybuj:
Posty (Atom)








