poniedziałek, 12 listopada 2012

Mistrz i Justyna

Od kilku dni motyle w brzuchu, radość niepomierna. Tak, to jest miłość. Miłość do Talentu przez duże T. Obdarowany talentem jest Jerzy Radziwiłowicz. Najważniejszy dla mnie aktor, mój numer 1.

Opowiem Wam, jak to się zaczęło. W drugiej klasie liceum w książce od polskiego zobaczyłam zdjęcie, kadr z 'Człowieka z marmuru'. Przystojny facet trzymający czerwone róże. Oczywiście pan Jerzy. O tym zdjęciu, filmie i nieznanym mi wcześniej (co za wstyd!) aktorze zaczęła opowiadać mi wspaniała polonistka - Monika Cylke. Rozpływała się w zachwytach, dlatego ufając jej bezbłędnemu gustowi, postanowiłam pogrzebać trochę i dowiedzieć się, co to w ogóle za aktor;)
I wzięło mnie. Od razu.
Zaczęłam jeździć do Teatru Narodowego na wszystkie przedstawienia z Jego udziałem. Do tej pory miałam przyjemność obejrzeć te spektakle z Jego udziałem:
'Nie-boska komedia'
'Otello'
'Umowa, czyli łajdak ukarany'
'Miłość na Krymie'
'Kreacja'
'Ifigenia'
'Tartuffe'
'Sprawa'
'Natan Mędrzec'

Oprócz tego oczywiście Teatr Telewizji, filmy, wspaniały serial 'Glina'.

Naturalnie zaczęłam interesować się tym, jakim jest człowiekiem. Ten, który mnie artystycznie nigdy nie zawiódł.
Muszę Wam dodać, co najbliżsi oczywiście wiedzą, że na każdy spektakl idę z różą, a po spektaklu wymieniamy uwagi, chwilkę dyskutujemy. Na początku wręczałam mu różę na scenie, ale w końcu mnie pogonili, bo wyróżniałam jednego aktora i reszcie było przykro;) W zasadzie słusznie zrobili, bo ekipa Narodowego jest fantastyczna i faktycznie, każdemu należą się kwiaty za wykonaną pracę.

Jerzy w paru wywiadach przyznał się do fascynacji muzyką fado. Oczywiście na urodziny wręczyłam mu dwupłytowe wydawnictwo z muzyką fado i nie był to jedyny prezent, jaki dla niego miałam;)
Lubię to. Czuję, że w ten sposób mogę mu podziękować. Słowa to dla mnie za mało!

Wszystko się pięknie w ostatnich dniach ułożyło. W księgarniach pojawiła się absolutnie porywająca książka 'Wszystko jest lekko dziwne'.



To wywiad-rzeka Łukasza Maciejewskiego z Radziwiłowiczem. Majstersztyk. Już zdobyłam zaproszenie na oficjalne spotkanie promocyjne, 19. listopada w Scenie Studio w Narodowym.


Wczoraj za to byłam na spektaklu 'Natan Mędrzec'. Premiera przedwczoraj, więc spektakl świeżutki i pachnący. I tak niesamowicie mądry, refleksyjny - obowiązkowo!!!
Miałam różę oczywiście, miałam książkę do podpisu. Dostalam dedykację:



i miałam drobny prezent dla pana Jerzego.
Otóż w wywiadzie sprzed paru lat, jaki z Mistrzem przeprowadziła Małgorzata Domagalik, aktor przyznał się, że uwielbia książki z nierozciętymi stronami. Takie dziewicze, których nikt przed nim nie czytał.
Powiedziałam o tym mojemu wykładowcy, doktorowi Tadeuszowi Komendantowi, wspaniałemu teoretykowi literatury. Pół roku po skończonych zajęciach, złapał mnie na korytarzu Wydziału Polonistyki i wręczył mi 'Zakonnicę' Diderot z 54' roku. Nierozciętą.
Oczywiście pan Jerzy wczoraj 'Zakonnicę' otrzymał:))) Cudnie się złożyło, bo jest rozmiłowany w literaturze francuskiej.

No i tak moi drodzy. Pewnie część z Was pomyśli, że mam źle z głową, że  zajmuję się jakimiś bzdurami. Ale ja szczerze uwielbiam tego człowieka. I każdego dnia chciałabym dziękować mu za te artystyczne uniesienia, jakich doświadczam, gdy obserwuję go, kiedy gra.
Poza tym ujmuje mnie Jego podejście do świata, do życia. Jego głos (baryton), sposób mówienia, jego chropowata męskość i styl bycia.
Fantastyczny, mądry i skromny człowiek. Bardzo ciepły przy bliższym poznaniu.

On ma 62 lata, można rzec - nie jest już młodzieniaszkiem, a ja stale obserwuję Jego rozwój. To niesamowite, jaką w sobie nosi paletę barw, emocji.
Na koniec cytat z książki. Idealnie obrazuje podejście Jerzego do aktorstwa i sądzę, że ten właśnie sposób myślenia jest przyczyną Jego sukcesu:

Maciejewski: "...wydaje mi się, że pamięć aktora jest wyćwiczona. Inaczej zapamiętujecie. Mówię o metodzie na tak zwaną 'pamkę'.
Radziwiłowicz: 'Tekst to jest coś takiego, co aktor przyswaja mechanicznie, tak jak na przykład muzyk mechanicznie uczy się palcowania. To musi pracować samo i dopiero wtedy można nad tym panować, posługiwać się tym w ogóle, myśleć o jakimś wyrazie. (...) Często interesuje ludzi właśnie to, jak się można tyle tekstu na pamięć nauczyć i do tego często sprowadzają całą zasadniczą trudność naszego zawodu. Powiedziałbym, że to nie ma jeszcze nic wspólnego z tym zawodem."

Chyba wielu 'aktorów' o tym zapomina...

Chodźcie do Teatru Narodowego oglądać Mistrza - warto!:))

niedziela, 28 października 2012

Między słowami

OK, stanowczo zbyt długo nie pojawiał się tu żaden nowy post. Jednak teraz następuje automobilizacja i do dzieła! Zapowiadam Wam regularną lekturę i posty umieszczane częściej niż to miało miejsce wcześniej.

Tym razem będzie o momentach wywracających wszystko do góry nogami i o wadze słów towarzyszących tym momentom.

Tak, ostatnio doświadczam wielu takich chwil i obserwuję je również u przyjaciół.
Nieprzypadkowo tytuł tego wpisu to równocześnie tytuł jednego z moich ulubionych filmów. Scarlett Johansson i Bill Murray za pomocą pojedynczych słów, drobnych przemilczeń i wymownej ciszy, uratowali swoje życia. Tak odczytuję ten film. Każde z nich znajdowało się w niewygodnym dla siebie momencie. Bezskutecznie próbowali odnaleźć sens życia 'na końcu świata'. A znaleźli w oczach drugiego człowieka.
Mądry film.



        Czuję ostatnio zwiększoną odpowiedzialność za własne słowa. Zarówno w nowej pracy, gdzie oczywiście staram się jak najbardziej zadbać o pozytywne relacje, o dobrą komunikację, jak i w życiu prywatnym.
Jakiś czas temu dotarła do mnie druzgocąca informacja o poważnym kryzysie w związku Przyjaciół. Myślałam, że ideały jednak istnieją, że oni sa tego potwierdzeniem. Wierzyłam w nich, bo oni wierzyli w siebie. Niestety, to się zmieniło. Nie będę wdawać się w szczegóły, natomiast powiem Wam, że jest to sytuacja ekstremalna, z którą nigdy wcześniej nie miałam styczności.
Dodam, że z tymi Przyjaciółmi kontakt także się poluzował, głównie ze względu na zmieniane miejsca zamieszkania, wir życia codziennego itp. Trochę w związku z tym było problemów i obopólnych pretensji. Ale według mnie przyjaźni nie mierzy się częstotliwością spotkań, tylko myślą o kimś, dobrym gestem, wsparciem. Faktem, że po roku możemy gadać, jakbyśmy się widzieli wczoraj.

Poczułam, że w związku z tym kryzysem, muszę pomóc. Że to mój obowiązek, naturalna powinność. Ale cóż mogę więcej, poza przytuleniem, pobyciem z kimś i słownym wsparciem? Myślę o tym, czy to dużo, czy mało.
Ostatnio na osobę z tego związku, z którą mam większy kontakt, spłynęła kolejna fala kryzysu. I odczytajcie dosłownie to, że piszę: 'kochać nad życie'. Tu jest taka miłość.
Jeszcze istnieje, choć nie ma już szans na powrót do przeszłości.
Pozostaje mi trzymanie za rękę i powtarzanie, że warto żyć, że przyszłość istnieje. Że za jakiś czas pojawi się siła, mądrość doświadczeń, dystans.

Myślę w takich chwilach o wadze słów. Czy mogą one uratować życie? Dobre samopoczucie na pewno, ale czy życie? Mam nadzieję, że do tego było jednak daleko, choć może sama siebie oszukuję.

Dla mnie ten czas, jest czasem wątpliwości. W sens wielu rzeczy. Szukam ja i szukają bliskie mi osoby. Szczęścia, właściwego miejsca, rozwiązań najważniejszych życiowych problemów. Niektórzy podejmują ryzykowne decyzje, niektórzy tkwią w martwym punkcie, inni umierają z bólu a jeszcze inni się rodzą...

Może miło byłoby nie brać odpowiedzialności za słowa. Rzucać je na wiatr i nie przejmować się niczym. Ale ja tak nie potrafię. Zwłaszcza w odniesieniu do Przyjaciół...

Mój nowy szef powiedział mi niedawno: 'Wszystko jest trudne, dopóki nie stanie się proste.' Mam nadzieję, że ta teoria potwierdzi się także na gruncie prywatnym. Że za jakiś czas moje słowa nie będą tak potrzebne, a cierpienie bliskich zamieni się w ich niebywałą mądrość...

sobota, 15 września 2012

Stare/Nowe

Teraźniejszości (według mnie) nie da się oddzielić od przeszłości i przyszłości. Obecny moment i nasze aktualne działania są wypadkową tego, co przeżyliśmy i tego, czego oczekujemy od przyszłości.

Ten wpis miał być przede wszystkim o tym, co dzieje się TERAZ i co ma się dziać. Tymczasem życie jak zwykle napisało swój własny scenariusz i 15. września okazał się być mocno osadzony w przeszłości:)
Ale zacznę od najważniejszego - nowej pracy! Pożegnałam tydzień temu Grzesia i Przystanek Kolejowa Były prezenty - ja dostałam m.in. wiele mówiącą książkę 'Jak to zrobić w kuchni?' :) Uprzedzę, to nie kuchenna kamasutra, tylko absolutnie fantastyczny poradnik, który ukazuje wszystkie kulinarne niuanse. Polecam! Grzesiowi dałam kubek Master Chefa i jego ukochaną sypaną kawusię :D
Było pięknie, ale przyszedł moment na kolejny etap.

Teraz moim miejscem jest Verona Products Professional. OK, kocham kosmetyki i w TE kosmetyki wierzę. Z przyjemnością zajmuję się marketingiem w tej firmie. Nie chcę tu robić jakiejś nachalnej reklamy czy czegoś tendencyjnego w tym stylu. Chodzi o to, że nie ukrywam ekscytacji nową pracą i jestem dumna z tego, że firma nie dość, że mieści się poza Warszawą, to jeszcze jest nasza, polska. A potrafi eksportować kosmetyki dobrej jakości do ponad 60 krajów! To jest super.
Poza tym atmosfera jest fajna i wszędzie leżą kosmetyki, co niewątpliwie stanowi wartość dodaną tej pracy:D
Trzymajcie za mnie kciuki!

Po pierwszym tygodniu w pracy, który zleciał niesamowicie szybko, przyszedł czas na weekend. Weekend, jak się okazuje, osadzony w przeszłości dalszej i bliższej. Wczoraj oglądałam 'Mrocznego Rycerza'. Tak to jest, jak już mówiłam, że teraźniejszość to puzzle przeszości. Patrzyłam na poszczególne sceny, a w głowie przewijały mi się niczym slajdy momenty, gdy oglądałam ten film (pierwszy raz) z Pewną Ważną Osobą. Od razu przypomniało mi się, jak przez cały film powtarzał: 'Ale ta Maggie Gyllenhaal jest paskudna!' Mocno się spieraliśmy w tej kwestii;) Wszystko to jakoś do mnie wczoraj powróciło. Bardzo spontanicznie napisałam do niego mail, taki zwykły, co słychać itd. Wyobraźcie sobie, że dziś zadzwonił...to był nasz pierwszy kontakt od majowego rozstania. Bardzo miło nam się rozmawiało. Jest w nowym związku.
Hmmm, coś o nim jeszcze niedługo napiszę, zrobię mu reklamę, bo on robi dobre rzeczy. Ale to w swoim czasie:))

Ten telefon był dość poruszający, przywrócił na chwilę przeszłość do tego 15. września...ale godzinę później odezwała się kolejna Ważna Osoba. Też przywołała to i owo;) Jakieś dwa tygodnie temu, spędzając w rodzinnym domu pierwszą noc po przeprowadzce, wpadłam w niewiarygodny dół. Pewnie też czasem tak się czuliście...coś Was gniotło, nie pozwalało spać spokojnie. Jakiś zawód, żal, wściekłość, smutek, nie bardzo wiadomo, co jeszcze. Siedząc przed moim netbookiem, zdecydowałam się napisać dłuugi mail do mężczyzny, z którym złapałam fantastyczny kontakt przed ostatnie dwa lata. To niebywała osoba. Wolny duch, optymista, obieżyświat. Wiele osób z pewnością może nazwać go 'lekkoduchem', mało ustabilizowaną jednostką, itp., itd....a według mnie On ma w sobie tak wiele życiowej mądrości w stosunku do młodego wieku...i prawdopodobnie lepiej kieruje swoim życiem niż zamknięte w kieracie warszawskie lemingi
Genialnie pożegnaliśmy się przed moim wyjazdem z Warszawy, spędzając klubową noc, po której naciągnięty mięsień nogi boli mnie do tej pory!:)
Czasem tak bywa, że są między ludźmi pozytywne emocje, jakieś dobre fluidy, ale nie wychodzi z tego nic więcej. Kiedy się żegnaliśmy, mogło się coś więcej pojawić. Ale się nie pojawiło. Człowiek potem żałuje, albo i nie, rozkminia, co mógł zrobić inaczej, czego nie zrobił przez swoje tchórzostwo itd...no i napisałam do Niego. Wszyscy za to ganią, jest zasada: Piłeś - nie pisz. Ja nie piłam, ale zjazd był podobny:D Napisałam i przez dwa tygodnie raczyłam się ciszą, sądząc, że nici z jakiegokolwiek kontaktu między nami.
A tu patrzcie, odezwał się dzisiaj. Ważna Osoba napisała, że generalnie warto być szczerym w tym, co się robi, czuje, i nie można się tego wstydzić. Przyznam, pokrzepiające. Przynajmniej mogę mniej żałować moich wypocin-)) Albo nie żałować ich wcale!

Dziwny czas. Cały tydzień projektów, parcia do przodu. Wiecie...rozwój, przyszłość, możliwości. A tu weekend pod znakiem: 'Powrót do przeszłości'. Widocznie tak musi być, że w przyrodzie występuje balans. Że pomiędzy tym, co stare, a tym, co nowe, jest równowaga. Że w teraźniejszości musimy przyjmować na swoje barki zarówno to, co tworzyło nas w dalszej i bliższej przeszłości, jak i to, co chcemy robić dalej. Każdego dnia.

poniedziałek, 3 września 2012

Time to say goodbye

Dziś zamknęłam pewien ważny rozdział w moim życiu. Przyznam, że czuję się z tym bardzo dziwnie. Ale to chyba jednocześnie normalne, że diametralne zmiany usuwają trochę grunt pod nogami. Mam nadzieję, że ogarnięcie przyjdzie wkrótce;-)

Zmieniłam dziś miejsce zamieszkania. Niestety, nie z wyboru, a raczej w wyniku zbiegu pewnych decyzji i okoliczności...po prostu stało się. Po 3,5 roku mieszkania na warszawskich Włochach nadszedł czas na zmiany. Czuję, że w pewnym sensie stało się dobrze, że oddech potrzebny jest i mi, i moim Kochanym Współlokatorom. Niemniej jednak żal pozostaje. I tej nocy zwłaszcza - będzie mi towarzyszyć.


Pokochałam Włochy. To piękna, spokojna dzielnica. Staw Koziorożca, Park Kombatantów z olbrzymimi drzewami, latające nad głowami samoloty, które kocham...i tylko 12 minut do centrum SKM albo Kolejami Mazowieckimi:) Same plusy!
Przypominają mi się różne sceny...spanie z Przyjaciółką na materacu, gdy w styczniu parę lat wstecz się przeprowadzałyśmy. Mieszkanie było jeszcze puste, echo niosło każde nasze słowo...
Wino pite na balkonie w czerwcowe noce. I ta pamiętna Żubrówka przegryzana arbuzem, której wspomnienie na miękkich kolanach prowadziło nas do klubu, gdzie Basia poznała przyszłego męża:)

I ostatni rok - z mężem, z małym Frankiem...Fajnie było, po prostu fajnie. Robienie pizzy o pierwszej w nocy, moje naleśnikowe maratony, wypady do Factory, oglądanie horrorów:)

Pozostają wspomnienia - bardzo różne, bo przecież życie nie jest idealne, ale przede wszystkim to pozytywne emocje. Ostatni weekend był cudowny. Imprezy, pożegnania przy drinku, upominki i naciągnięte mięśnie w nodze - było warto tak żyć przez ponad trzy lata, by teraz móc się w TAKI sposób żegnać:)



Teraz z ogromnym jakimś smutkiem o tym myślę, jestem niespokojna i rozdarta. Zwłaszcza, że bardzo mocno przywiązuję się do miejsc, do murów, do rzeczy (nie mylić z byciem materialistką).
Trzeba będzie po kolei, krok po kroku, układać wszystko od nowa. Liczę na to, że obecna sytuacja jest przejściowa, choć tak naprawdę ciągle zastanawiam się, gdzie chciałabym żyć...Ziemia jest przecież taka ogromna;-) A ja ciągle chcę wierzyć, że najważniejsze wybory dopiero przede mną!

A na koniec - sprawdziłam dopiero dziś swój kupon z sobotniego losowania Dużego Lotka. Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską...miałam prawie piątkę:D To znaczy - miałam dwójkę, a trzy cyfry miałam każdą o jeden mniejszą niż te wylosowane;)
No i jak żyć panie premierze, jak żyć?!  ;)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Ognisko pod mostem

Zaczyna się jak zwykle - niewinnie. Ktoś zaprószy ogień, ktoś zostawi zapałki w dostępnym miejscu. I nagle okazuje się, że punktów zapalnych jest tak wiele.

Najgorszy jest wybuch wtedy, gdy zbliża się rozstanie. Mam tu na myśli rozstania różnorakie - zawodowe, przyjacielskie, związkowe. Każdemu z Was zdarzyło się zapewne doświadczyć na własnej skórze siły 'wygarnięcia' pretensji i żali właśnie w momencie, gdy coś zbliżało się do końca.


Ja należę do tego gatunku, który nie lubi palić mostów. Rozstawać się w złych emocjach. Gdy widzę dym, próbuję go za wszelką cenę ugasić. Za wszelką cenę. Coraz częściej zastanawiam się jednak, czy przydeptywanie niedopałków nie jest gorszym wyjściem z sytuacji? Ja chciałabym wszystko kończyć w dobrej atmosferze, wykazywać dobrą wolę, zrozumienie, tolerancję...brzmi jakoś zbyt idealnie. Może to utopijne myślenie? Myślenie - że tak się da? Przekonuję się ostatnio, że to niezwykle karkołomne przedsięwzięcie... Ludzie są różni, nie wszyscy lubią zagłaskiwanie na śmierć, ale jednocześnie prawdzie w oczy też patrzą tylko nieliczni. Stanięcie twarzą w twarz z czyjąś niepochlebną opinią, z wyrzutami, z odrobiną krytyki - nie jest proste.

Często stawiam sobie pytanie, czy większym dowodem uczucia, przyjaźni i lojalności jest zaciskanie zębów i proszenie o zgodę, czy może jednak wykładanie racji 'kawa na ławę'. Ciekawa jestem, jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii, jak Wy się zachowujecie w takich kryzysowych momentach?

Krytykę przyjmuję, ale rzadko odwzajemniam się tym samym. Jakoś trudno mi to przychodzi w stosunku do bliskich mi osób. Jednak zatrzymywanie ich za wszelką cenę kosztem szczerej (niekoniecznie miłej) rozmowy też wydaje się nie mieć sensu. Przecież na dobrą sprawę to taka rozmowa, właśnie pod tym mostem (choćby miał się on zaraz zawalić) może okazać się zbawienna.

Ale do tego trzeba ciągle uczyć się siły. Prowadzenia dyskusji, która nie rani, a edukuje poprzez uświadamianie popełnianych błędów.

piątek, 17 sierpnia 2012

Blood on the Tomba's dancefloor

Piąteczek, jak to piąteczek - rozpoczyna imprezowy czas w stolicy (choć niektóre parkiety rozgrzewane są już od środy). Jako że mamy lato i zaczyna się weekend - dziś parę słów o podejściu do klabingu (straszne słowo, ale niech będzie).

Za jakąś wielką klubowiczkę się nie uważam, choć parę miejsc odwiedziłam, w kilku byłam przez dłuższy czas po dwa razy w tygodniu co tydzień. Nigdy nie ciągnęło mnie do klubów studenckich typu Hybrydy. Po pierwsze - studenci, po drugie - rozcieńczane browary, po trzecie - muzyka.

Mnie ukształtował muzycznie nieistniejący już klub Tomba-Tomba, do którego drzwi otworzyła mi na pierwszym roku studiów pewna dobra duszyczka;)) Tam było mrocznie (ale bezpiecznie), duszno, muzycznie. I absynt byl chyba za piątaka, z tego, co pamiętam. Pyszny minimal, różne odmiany house, techno, i innych gatunków muzyki elektronicznej. Tam poznałam mojego ulubieńca - DJ-a Schimka.


Mimo że ten klub stanowił swoistą zamkniętą enklawę, to nie spotkałam się tam z jakąkolwiek rozróbą, brakiem uśmiechu itp. Nie potrzeba goryli, potrzeba ludzi, którzy chcą się oddać zabawie i dobrej muzyce.

Sporo też bywałam w Toro - i choć tam muzyka to raczej listy przebojów, to atmosfera jest tak spontaniczna i wesoła, że od czasu do czasu taki reset się przydaje.

Spoko był też Vinyl, w Discrete też grał Schimek, pamietam, to była dobra impreza.

Ale Tomba była Królową.

Przeciwwagą dla klubów typu TT, 1500, M25, Le Madame itp. jest cała strona lansiarska wyjęta z ul. Mazowieckiej, z Maski, Platinium, nieistniejącego Cynamonu...ja kocham szpilki i sukienki, i one bardziej pasują do tamtych miejsc. Ale niestety, dobrego elektronicznego uderzenia tam raczej nie ma. A przebijanie się z metkami Lacoste, Tommy'ego i Ralpha też już jest średnio zabawne.

Miło jest czasem odwiedzić kluby tematyczne, takie jak 70' czy Dekadę i pobawić się przy starszych rytmach. DeLite wśród tych 'lepszych' też daje radę, bo nie nadęło się jeszcze tak jak choćby 'Rich&Pretty' (co za nazwa!).

Niemniej jednak są takie czasy, które trudno już przywrócić. Leon daVinci, DJ grający piękne sety w Tombie, napisał ostatnio na FB, że niedługo ruszy nowe miejsce na Starówce, które klimatem i muzyką ma przywrócić ukochaną Tombę. Trzymam mocno kciuki za powodzenie projektu! Będę regularnie szurać na tamtejszym parkiecie!

A chce się, oj, chce! W poprzednią sobotę wybrałam się z kolegą do Luzzter. Czasy tombowe się przypomniały. Te chwile, gdy z duchoty i zmęczenia mało co nie opadasz z sił, ale jednak muzyka Cię niesie, falujący tłum Cię niesie, i choćby nie wiem co - nie zejdziesz z parkietu. Oczywiście, miliśmy wyjść ok. 6, wyszliśmy po 8:) Jak to napisał Szczygielski w Berku - wyszliśmy na zalane słońcem Rondo de Gaulle'a, ludzie szli do kościoła albo na spacer - a dla nas ciagle było wczoraj.

Uwielbiam takie noce, wyznaczane przez światła, rytm i ruch. Spisał się DJ Deas. Polecam jego muzę!

Oby jak najwięcej takich muzycznie dobrych miejsc powstawało. Takich, gdzie muzyka i klimat grają pierwsze skrzypce. Bo inaczej to nam tylko 55, 1500, Lu i Mono zostanie. Jak ktoś ma jakieś fajne, niewymienione tu miejscówki, niech pisze. Pójdziemy, posłuchamy;-))

niedziela, 5 sierpnia 2012

Kobiecy/męski czyli rozważania nie tylko olimpijskie

Codziennie uważnie śledzę wyczyny olimpijczyków. Refleksje, jakie temu towarzyszą, nie dotyczą tylko stricte sportowych kwestii. Uderza mnie specyfika sportowców, ich męskość i kobiecość, co przekłada się na szersze rozważania o współczesnym zacieraniu granic między płciami.

Patrzę na różne dyscypliny - pływanie, podnoszenie ciężarów, rzut kulą/młotem, czy nawet gimnastykę artystyczną i, o zgrozo - zaczynam dochodzić do wniosku, że sport wyczynowy nie jest dla kobiet. Przynajmniej nie każdy...
Pływaczki jak cyborgi, gimnastyczki z mięśniami jak u facetów.
Przytoczę fragment rozmowy przeprowadzonej ostatnio z dobrym kolegą, który wyraził chyba opinię większości facetów:
On: A kulturystki są już TRAGICZNE. Trzeba być masochistą, żeby się z taką związać...i pójść do łóżka.
Ja: Wiesz co, albo cenić charakter i samemu być kulturystą:)
On: Ale to tak jakbyś poszła ze sobą do łóżka...tylko w wersji slim:P

No właśnie. Próbuję dojść do tego, co powoduje kobietami, które poświęcają swoje życie czemuś takiemu, jak przerzucanie ogromnych ciężarów, deformując przy tym swoją sylwetkę...wiadomo, mężczyźni także mają przerost niektórych mięśni (wystarczy spojrzeć na uda kolarzy...), ale u nich to tak bardzo nie razi. A kobiety są po prostu zdeformowane.

Odczuwam w sobie pewien rozdźwięk w tej materii. Z jednej strony na studiach mocno zgłębiałam kwestie genderowe i buntuję się przeciw stereotypowym podejściom do kwestii płci. Jednak czuję, że odnoszę to bardziej do społeczno-kulturowych uwarunkowań (w stylu facet nie powinien gotować i sprzątać, a kobieta używać wiertarki i zarabiać tyle samo co koleś). Bardzo proste to przykłady, ale chodzi mi po prostu o takie rozsądne równouprawnienie i zarzucenie silnych, patriarchalnych podziałów.

Rozdźwięk pojawia się w kwestii wizualnej.
Choć uwielbiam zabawę wyglądem i świat drag-queens, drag-kings, trans itp itd nie jest mi obcy, to jednak mam poczucie, takie bardzo prywatne, osobiste...że moja kobiecość wizualna pozostaje jedną z niewielu cech dystynktywnych, że między innymi poprzez to archetypiczne spojrzenie na męskość i kobiecość, zapobiegam włażeniu idei unisex w mój świat.

Wszystko się zaciera. Sportsmenki wyglądają jak faceci, model Adrei Pejić jak kobieta (dowody poniżej):

Jest to interesujące, choć unifikacja płci jest równie intrygująca, co przerażająca. Mam jednak zasadę - uznaję preferencje innych, i nawet jeśli pływaczki uważam za zdeformowane, dresiary za niekobiece, a niektórych modeli za mało męskich, to jeżeli im taka wizualność sprawia przyjemność bądź nie jest problemem - OK, żyjcie, jak chcecie.
Ja mogę mówić tylko za siebie. Moje piersi, biodra, nadgarstki. Są inne niż u mężczyzn, są kobiece. Długie włosy, szpilki, sukienki, makijaż, biżuteria. My, kobiety, mamy tyle atrybutów, tyle sensualności i wewnętrznego piękna, które warto tylko uwypuklać! To taki mój mały apel.:)

I żeby nie było - lubię sport - dla zdrowia, dobrej sylwetki i samopoczucia. Ale nigdy nie pozwolę, by ćwiczenia upodobniły mnie do mężczyzny.
Poniżej mały test, niech każdy sam rozważy, czy lepsze jest podkreślanie różnic, czy unisex:) Co ja wybieram - już wiecie;-)