Parę dni temu wybrałam się z koleżanką na 'Bejbi blues'. Po seansie zaległa w sali głucha cisza. Powodów, jak sądzę, może być kilka.
Po pierwsze - pogoda jest tak beznadziejna, że ten 'blues' wydaje mi się idealny do opisania właśnie dzisiaj. Po drugie, nie kumam, czemu na plakatach napisane jest 'Bejbi blues', a w kinie na początku filmu - 'Baby blues'. Trochę mi to nie pasuje i wolałabym widzieć tu 'jednolitość tytułową'.
Ale do rzeczy.
Polski film o warszawskich licealistach, borykających się z wieloma problemami, zazwyczaj zbyt trudnymi jak na swój wiek. Szesnastolatka zachodzi w ciążę, bo chce mieć kogoś, kogo będzie kochać bezwarunkowo. Kogo obdarzy uczuciem, jakiego nie otrzymała od własnej matki (interesująca rola Magdaleny Boczarskiej). Ojciec dziecka, maturzysta, ma swój świat - to zioło, kumple i deskorolka. No, jeśli teraz tak wyglądają 'prawie studenci', to nasz kraj zmierza w złym kierunku.
Film jest zbiorem scen pokazujących tragiczną wręcz niemoc młodych ludzi, zagubienie, umęczenie, chaos i bezradność.
Ale widzę też drugie dno, pewną płaszczyznę, którą Katarzyna Rosłaniec zaprezentowała już w 'Galeriankach'. A mianowicie egoizm dzisiejszych nastolatków, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko. W 'Galeriankach' byłą sprzedaż ciała, w 'Bejbi blues' jest jeszcze gorzej, bo gdzieś pomiędzy tymi egoistami jest niemowlak. Ale dziecko nie przeszkadza jarać zioła, wciągnąć krechy czy zrobić loda na zapleczu, byleby otrzymać wymarzoną 'fashion job'.
Pierwszą rzeczą, jaką powiedziałam koleżance po wyjściu z kina było: 'My chyba w liceum nie byłyśmy aż tak głupie?' I pominę to fakt, że nie myślałyśmy o robieniu 'dziecka do kochania'. Przede wszystkim - miałyśmy i mamy jakieś autorytety. Koka na początku liceum nam się nawet nie śniła, podobnie jak wielkie imprezy w opuszczonych kościołach itp itd. Nadal będę podtrzymywać swój sąd, że wychowanie poza miastem, a wychowanie np. w Warszawie jest inne, inny jest dostęp do używek i złych wpływów. Inni bywają też rodzice.
Choć 'Bejbi blues' nie jest filmem wybitnym, to z pewnością warto go zobaczyć. Warto spojrzeć, jak portretują dzisiejszą Polskę artyści. Cisza po seansie mogła być spowodowana dość porażającą końcówką, choć generalnie ten film jest bardzo przytłaczający. Głupota młodzieży i jeszcze większa głupota dorosłych, niestety.
Teraz ostrzę zęby na 'Drogówkę', ale Smarzowski to jest akurat klasa sama w sobie:)
Smutna jest ta rzeczywistość, smutni są młodzi ludzie, których zupełnie nikt nie nauczył, jak żyć.
środa, 30 stycznia 2013
piątek, 4 stycznia 2013
Święta, święta i po świętach!
Wreszcie czy niestety?:) Postanowiłam przeczekać okres świąteczno - noworoczny i teraz coś napisać. Mam nadzieję, że żyjecie po sylwestrze:)
Jak to bywa w przypadku jedynaczki gotująco - sprzątającej, święta mijają mi bardzo pracowicie. Ale nie narzekam, lubię pomagać w tych wszystkich przygotowaniach. Wigilię wyjątkowo spędzaliśmy w nowym domu chrzestnego i nawet było mi przykro, że nie mogłam ugotować zupy grzybowej, bo tę przechwyciła ciocia;) Ale pierogi robiłam obowiązkowo!
Święta minęły szybko (jak zwykle). W okresie 'pomiędzy' spotkałam się z paroma znajomymi, co poczytuję jako cudowny przerywnik od ślęczenia przed komputerem i poszukiwania pracy. Od 15. grudnia do 6. stycznia rynek pracy zamiera, to truizm. Nadal poszukują głównie stażystów i praktykantów. Dziękuję, postoję.
Sylwester to była czaderska domówka na Ursynowie. Nikogo nie znałam poza Mileną, z którą się tam zjawiłam:) Mimo to o drugiej w nocy wszyscy tańczyliśmy poloneza, a od Gangnam Style nadal bolą mnie nogi;) I choć wolę imprezy klubowe od domówek, to bardzo dobrze się bawiłam, muszę przyznać.
No, udało mi się w trzech akapitach streścić ostatnie tygodnie.
Oczywiście Nowy Rok to multum postanowień noworocznych, którymi zasypywane są tablice na FB. Ja zawzięłam się i mam zamiar szybko wrócić do jesiennej formy szpagatowej, czyli codzienne rozciąganie na całego;) Pomaga w tych ćwiczeniach mój kocurek, który jest u nas w domu od kilku tygodni:)) Daje wszystkim naprawdę niezły wycisk!
Tych postanowień noworocznych jest jeszcze kilka...znaleźć pracę, wyprowadzić się, dokończyć pisanie książki...w tym roku dorzucam całkowite uodpornienie się na krytykę, która zabija. Szczerze mówiąc pomyślałam, że pechowa trzynastka mogłaby być także dobrym momentem do zaprowadzenia zmian w życiu prywatnym. Zobaczymy, jak to będzie. Prawda jest taka, że układamy w głowach te postanowienia może nawet nie po to, by je zrealizować, ale by samemu dać sobie nadzieję na to, że jeszcze mamy jakiś zapał, że warto COŚ w tym nowym roku robić.
Potem zazwyczaj wychodzi jak zwykle, ALE zaznaczam - zazwyczaj:) Może w tym roku coś się ruszy na plus?
Pamiętajcie - nadzieja, choć jest matką głupich, umiera ostatnia, więc nie warto jej odrzucać. ;)
Jak to bywa w przypadku jedynaczki gotująco - sprzątającej, święta mijają mi bardzo pracowicie. Ale nie narzekam, lubię pomagać w tych wszystkich przygotowaniach. Wigilię wyjątkowo spędzaliśmy w nowym domu chrzestnego i nawet było mi przykro, że nie mogłam ugotować zupy grzybowej, bo tę przechwyciła ciocia;) Ale pierogi robiłam obowiązkowo!
Święta minęły szybko (jak zwykle). W okresie 'pomiędzy' spotkałam się z paroma znajomymi, co poczytuję jako cudowny przerywnik od ślęczenia przed komputerem i poszukiwania pracy. Od 15. grudnia do 6. stycznia rynek pracy zamiera, to truizm. Nadal poszukują głównie stażystów i praktykantów. Dziękuję, postoję.
Sylwester to była czaderska domówka na Ursynowie. Nikogo nie znałam poza Mileną, z którą się tam zjawiłam:) Mimo to o drugiej w nocy wszyscy tańczyliśmy poloneza, a od Gangnam Style nadal bolą mnie nogi;) I choć wolę imprezy klubowe od domówek, to bardzo dobrze się bawiłam, muszę przyznać.
No, udało mi się w trzech akapitach streścić ostatnie tygodnie.
Oczywiście Nowy Rok to multum postanowień noworocznych, którymi zasypywane są tablice na FB. Ja zawzięłam się i mam zamiar szybko wrócić do jesiennej formy szpagatowej, czyli codzienne rozciąganie na całego;) Pomaga w tych ćwiczeniach mój kocurek, który jest u nas w domu od kilku tygodni:)) Daje wszystkim naprawdę niezły wycisk!
Tych postanowień noworocznych jest jeszcze kilka...znaleźć pracę, wyprowadzić się, dokończyć pisanie książki...w tym roku dorzucam całkowite uodpornienie się na krytykę, która zabija. Szczerze mówiąc pomyślałam, że pechowa trzynastka mogłaby być także dobrym momentem do zaprowadzenia zmian w życiu prywatnym. Zobaczymy, jak to będzie. Prawda jest taka, że układamy w głowach te postanowienia może nawet nie po to, by je zrealizować, ale by samemu dać sobie nadzieję na to, że jeszcze mamy jakiś zapał, że warto COŚ w tym nowym roku robić.
Potem zazwyczaj wychodzi jak zwykle, ALE zaznaczam - zazwyczaj:) Może w tym roku coś się ruszy na plus?
Pamiętajcie - nadzieja, choć jest matką głupich, umiera ostatnia, więc nie warto jej odrzucać. ;)
środa, 12 grudnia 2012
sztuka
Na razie jeszcze przez małe 's'. Nigdy bowiem profesjonalnie nie uczyłam się malować i nie mówię, że tego nie widać. Pewnie widać. Nie powstrzymuje mnie to jednak od tworzenia kolejnych obrazów:)
Zawsze interesowały mnie kolory, poznanie zmysłowe. Bogactwo barw jest czymś cudownym. Doceniam to poprzez makijaże, ubrania, ale też malując. Każde 'pierwsze dotknięcie' pędzlem płótna wywołuje dreszcz. Przyznam, że podobny do erotycznego dotyku. O niczym nie myślę, gdy maluję. To jest tylko dla mnie, to jest coś intymnego, prowatnego, mojego. Czuję wtedy, że żyję, że robię coś, co dla mnie ma sens. To daje mi (choćby chwilowe) poczucie szczęścia.
Poniżej próbka tego, co maluję:)
Ostatnia praca. To jest kobiecy portret, choć niektórzy widzą tu krokusa lub penisa:) Wczoraj wieczorem urodziło się w głowie kilka pomysłów na całą serię minimalistycznych portretów, czyli ciąg dalszy nastąpi...
Technika: suche pastele na płótnie.
Babcia - Zenobia Pokora. Zmarła drugiego grudnia, rok temu. Ukochana osoba. Ten portret otrzymała w prezencie gwiazdkowym moja Mama.
Technika: suche pastele na płótnie.
Kocham kolory, eksperymenty i grubo nałożoną farbę, która według mnie daje cudowny efekt przestrzenności.
Kiedyś w Muzeum Narodowym prawie w ekstazę wprawił mnie 'Nec Mergitur' Ferdynanda Ruszczyca . Ten obraz 'siedzi' we mnie każdego dnia, co może czasem widać:))
Technika: olej na płótnie.
Zawsze maluję w momentach dla mnie ważnych. Ten obraz powstał w wyniku zagmatwanych relacji z pewną osobą. Było mi po prostu źle, a dwa splecione płatki miały symbolizować resztki nadziei. Jednak jak to z kwiatami bywa, nie są one zbyt trwałe...
Technika: olej na płótnie.
Interesuje mnie malowanie kobiet i kwiatów (choć często w nieco abstrakcyjnym.
W absolutnie intuicyjny sposób te dwa obszary się przenikają i długo by mówić i pisać o tym, czemu kwiaty przenikają mi w kobiety i na odwrót.
Technika: olej na płótnie.
Kolejny kwiat. Mocne kolory, odrobinę odrealnienia, kobiece linie...
Technika: olej na płótnie.
Kwiaty w aurze mroku i tajemniczości, tak jak lubię:)
Teraz znacie mnie bardziej, przynajmniej o te kilka intymnych kawałeczków.
Zawsze interesowały mnie kolory, poznanie zmysłowe. Bogactwo barw jest czymś cudownym. Doceniam to poprzez makijaże, ubrania, ale też malując. Każde 'pierwsze dotknięcie' pędzlem płótna wywołuje dreszcz. Przyznam, że podobny do erotycznego dotyku. O niczym nie myślę, gdy maluję. To jest tylko dla mnie, to jest coś intymnego, prowatnego, mojego. Czuję wtedy, że żyję, że robię coś, co dla mnie ma sens. To daje mi (choćby chwilowe) poczucie szczęścia.
Poniżej próbka tego, co maluję:)
Ostatnia praca. To jest kobiecy portret, choć niektórzy widzą tu krokusa lub penisa:) Wczoraj wieczorem urodziło się w głowie kilka pomysłów na całą serię minimalistycznych portretów, czyli ciąg dalszy nastąpi...
Technika: suche pastele na płótnie.
Babcia - Zenobia Pokora. Zmarła drugiego grudnia, rok temu. Ukochana osoba. Ten portret otrzymała w prezencie gwiazdkowym moja Mama.
Technika: suche pastele na płótnie.
Kocham kolory, eksperymenty i grubo nałożoną farbę, która według mnie daje cudowny efekt przestrzenności.
Kiedyś w Muzeum Narodowym prawie w ekstazę wprawił mnie 'Nec Mergitur' Ferdynanda Ruszczyca . Ten obraz 'siedzi' we mnie każdego dnia, co może czasem widać:))
Technika: olej na płótnie.
Zawsze maluję w momentach dla mnie ważnych. Ten obraz powstał w wyniku zagmatwanych relacji z pewną osobą. Było mi po prostu źle, a dwa splecione płatki miały symbolizować resztki nadziei. Jednak jak to z kwiatami bywa, nie są one zbyt trwałe...
Technika: olej na płótnie.
Interesuje mnie malowanie kobiet i kwiatów (choć często w nieco abstrakcyjnym.
W absolutnie intuicyjny sposób te dwa obszary się przenikają i długo by mówić i pisać o tym, czemu kwiaty przenikają mi w kobiety i na odwrót.
Technika: olej na płótnie.
Technika: olej na płótnie.
Kwiaty w aurze mroku i tajemniczości, tak jak lubię:)
Teraz znacie mnie bardziej, przynajmniej o te kilka intymnych kawałeczków.
niedziela, 9 grudnia 2012
Zimowy sen
Od piątku mam ochotę zapaść w sen zimowy i obudzić się w lepszym świecie. Śpiewających ptaków, słońca, spokoju i przede wszystkim - perspektyw.
Od piątku zasilam szeregi tych, którzy pracy nie mają. Mimo wyższego uniwersyteckiego wykształcenia, doświadczenia zawodowego, młodości. Okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo zdobyć pracę, która będzie satysfakcjonująca i w której będziey mogli zatrzymać się na dłużej.
Ostatnie trzy miesiące, to był prawdziwy rollercoaster...niewiarygodne emocje, stres, radość, płacz, wyjazdy, gonitwa myśli, wielu nowych współpracowników... Praca, jak każda inna, miała swoje plusy i minusy. Nie nabrałam jeszcze odpowiedniego dystansu, dlatego trudno mi powiedzieć, czego tak naprawdę było więcej. Niewątpliwie jednak byla to intensywna szkoła wielozadaniowości i odporności na stres.
Jutro poniedziałek i już myślę o tym, że nie będę musiała wstać o tej 6:20. Że znów rozpoczyna się okres ślęczenia przed komputerem i wysyłania CV. Wczoraj rekrutacja do jednej z korporacji zajęła mi bite dwie godziny, dlatego faktycznie, szukanie pracy to praca na pełen etat.
Internet pełen jest stron i profili w stylu: ruch wkurwionych/oburzonych/młodzi wykształceni bezrobotni itd.
Ja wśród moich znajomych mam wiele osób, które pracy poszukują. Niektórzy mają dwa fakultety, znają języki, mają doświadczenie. Teoretycznie idealni pracownicy. W praktyce albo brak im (nam?) odpowiednich znajomości, wymagania finansowe są zbyt duże albo po prostu, spośród kilkuset nadesłanych CV nasze zagubiło się w czasoprzestrzeni.
Przeglądałam już oferty pracy w Norwegii, Anglii, nawet w Australii. Zastanawiam się, czy muszę podzielić los polskich emigrantów. Czy tego chcę? Myślę sobie, że Polska to mój kraj, że wyjazdy, zwiedzanie, a życie poza granicami ojczyzny to jednak coś innego.
Nie wiem naprawdę, jak potoczą się moje losy. Co stanie się z moimi znajomymi. Czy z uniwersyteckim dyplomem czeka nas zmywak albo zawijanie kebabów? Czy naprawdę bez znajomości, sprzedawania swojego ciała (wiele jest ogłoszeń z drugim dnem...) i dawania łapówek, nie mamy co liczyć na pracę zgodną z naszymi pasjami?
Tak łatwo jednak się nie poddam. Wyjazd to ostateczność. Wolny czas zamierzam dobrze wykorzystać. Dokończę pisanie książki, namaluję obrazy, odwiedzę kilka firm - wreszcie spotkam się z kilkorgiem znajomych, których zaniedbałam, żyjąc od rana do nocy w pracy.
Oby ten zimowy sen nie okazał się koszmarem, trzymajcie kciuki!:)
Od piątku zasilam szeregi tych, którzy pracy nie mają. Mimo wyższego uniwersyteckiego wykształcenia, doświadczenia zawodowego, młodości. Okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo zdobyć pracę, która będzie satysfakcjonująca i w której będziey mogli zatrzymać się na dłużej.
Ostatnie trzy miesiące, to był prawdziwy rollercoaster...niewiarygodne emocje, stres, radość, płacz, wyjazdy, gonitwa myśli, wielu nowych współpracowników... Praca, jak każda inna, miała swoje plusy i minusy. Nie nabrałam jeszcze odpowiedniego dystansu, dlatego trudno mi powiedzieć, czego tak naprawdę było więcej. Niewątpliwie jednak byla to intensywna szkoła wielozadaniowości i odporności na stres.
Jutro poniedziałek i już myślę o tym, że nie będę musiała wstać o tej 6:20. Że znów rozpoczyna się okres ślęczenia przed komputerem i wysyłania CV. Wczoraj rekrutacja do jednej z korporacji zajęła mi bite dwie godziny, dlatego faktycznie, szukanie pracy to praca na pełen etat.
Internet pełen jest stron i profili w stylu: ruch wkurwionych/oburzonych/młodzi wykształceni bezrobotni itd.
Ja wśród moich znajomych mam wiele osób, które pracy poszukują. Niektórzy mają dwa fakultety, znają języki, mają doświadczenie. Teoretycznie idealni pracownicy. W praktyce albo brak im (nam?) odpowiednich znajomości, wymagania finansowe są zbyt duże albo po prostu, spośród kilkuset nadesłanych CV nasze zagubiło się w czasoprzestrzeni.
Przeglądałam już oferty pracy w Norwegii, Anglii, nawet w Australii. Zastanawiam się, czy muszę podzielić los polskich emigrantów. Czy tego chcę? Myślę sobie, że Polska to mój kraj, że wyjazdy, zwiedzanie, a życie poza granicami ojczyzny to jednak coś innego.
Nie wiem naprawdę, jak potoczą się moje losy. Co stanie się z moimi znajomymi. Czy z uniwersyteckim dyplomem czeka nas zmywak albo zawijanie kebabów? Czy naprawdę bez znajomości, sprzedawania swojego ciała (wiele jest ogłoszeń z drugim dnem...) i dawania łapówek, nie mamy co liczyć na pracę zgodną z naszymi pasjami?
Tak łatwo jednak się nie poddam. Wyjazd to ostateczność. Wolny czas zamierzam dobrze wykorzystać. Dokończę pisanie książki, namaluję obrazy, odwiedzę kilka firm - wreszcie spotkam się z kilkorgiem znajomych, których zaniedbałam, żyjąc od rana do nocy w pracy.
Oby ten zimowy sen nie okazał się koszmarem, trzymajcie kciuki!:)
poniedziałek, 12 listopada 2012
Mistrz i Justyna
Od kilku dni motyle w brzuchu, radość niepomierna. Tak, to jest miłość. Miłość do Talentu przez duże T. Obdarowany talentem jest Jerzy Radziwiłowicz. Najważniejszy dla mnie aktor, mój numer 1.
Opowiem Wam, jak to się zaczęło. W drugiej klasie liceum w książce od polskiego zobaczyłam zdjęcie, kadr z 'Człowieka z marmuru'. Przystojny facet trzymający czerwone róże. Oczywiście pan Jerzy. O tym zdjęciu, filmie i nieznanym mi wcześniej (co za wstyd!) aktorze zaczęła opowiadać mi wspaniała polonistka - Monika Cylke. Rozpływała się w zachwytach, dlatego ufając jej bezbłędnemu gustowi, postanowiłam pogrzebać trochę i dowiedzieć się, co to w ogóle za aktor;)
I wzięło mnie. Od razu.
Zaczęłam jeździć do Teatru Narodowego na wszystkie przedstawienia z Jego udziałem. Do tej pory miałam przyjemność obejrzeć te spektakle z Jego udziałem:
'Nie-boska komedia'
'Otello'
'Umowa, czyli łajdak ukarany'
'Miłość na Krymie'
'Kreacja'
'Ifigenia'
'Tartuffe'
'Sprawa'
'Natan Mędrzec'
Oprócz tego oczywiście Teatr Telewizji, filmy, wspaniały serial 'Glina'.
Naturalnie zaczęłam interesować się tym, jakim jest człowiekiem. Ten, który mnie artystycznie nigdy nie zawiódł.
Muszę Wam dodać, co najbliżsi oczywiście wiedzą, że na każdy spektakl idę z różą, a po spektaklu wymieniamy uwagi, chwilkę dyskutujemy. Na początku wręczałam mu różę na scenie, ale w końcu mnie pogonili, bo wyróżniałam jednego aktora i reszcie było przykro;) W zasadzie słusznie zrobili, bo ekipa Narodowego jest fantastyczna i faktycznie, każdemu należą się kwiaty za wykonaną pracę.
Jerzy w paru wywiadach przyznał się do fascynacji muzyką fado. Oczywiście na urodziny wręczyłam mu dwupłytowe wydawnictwo z muzyką fado i nie był to jedyny prezent, jaki dla niego miałam;)
Lubię to. Czuję, że w ten sposób mogę mu podziękować. Słowa to dla mnie za mało!
Wszystko się pięknie w ostatnich dniach ułożyło. W księgarniach pojawiła się absolutnie porywająca książka 'Wszystko jest lekko dziwne'.
To wywiad-rzeka Łukasza Maciejewskiego z Radziwiłowiczem. Majstersztyk. Już zdobyłam zaproszenie na oficjalne spotkanie promocyjne, 19. listopada w Scenie Studio w Narodowym.
Wczoraj za to byłam na spektaklu 'Natan Mędrzec'. Premiera przedwczoraj, więc spektakl świeżutki i pachnący. I tak niesamowicie mądry, refleksyjny - obowiązkowo!!!
Miałam różę oczywiście, miałam książkę do podpisu. Dostalam dedykację:
i miałam drobny prezent dla pana Jerzego.
Otóż w wywiadzie sprzed paru lat, jaki z Mistrzem przeprowadziła Małgorzata Domagalik, aktor przyznał się, że uwielbia książki z nierozciętymi stronami. Takie dziewicze, których nikt przed nim nie czytał.
Powiedziałam o tym mojemu wykładowcy, doktorowi Tadeuszowi Komendantowi, wspaniałemu teoretykowi literatury. Pół roku po skończonych zajęciach, złapał mnie na korytarzu Wydziału Polonistyki i wręczył mi 'Zakonnicę' Diderot z 54' roku. Nierozciętą.
Oczywiście pan Jerzy wczoraj 'Zakonnicę' otrzymał:))) Cudnie się złożyło, bo jest rozmiłowany w literaturze francuskiej.
No i tak moi drodzy. Pewnie część z Was pomyśli, że mam źle z głową, że zajmuję się jakimiś bzdurami. Ale ja szczerze uwielbiam tego człowieka. I każdego dnia chciałabym dziękować mu za te artystyczne uniesienia, jakich doświadczam, gdy obserwuję go, kiedy gra.
Poza tym ujmuje mnie Jego podejście do świata, do życia. Jego głos (baryton), sposób mówienia, jego chropowata męskość i styl bycia.
Fantastyczny, mądry i skromny człowiek. Bardzo ciepły przy bliższym poznaniu.
On ma 62 lata, można rzec - nie jest już młodzieniaszkiem, a ja stale obserwuję Jego rozwój. To niesamowite, jaką w sobie nosi paletę barw, emocji.
Na koniec cytat z książki. Idealnie obrazuje podejście Jerzego do aktorstwa i sądzę, że ten właśnie sposób myślenia jest przyczyną Jego sukcesu:
Maciejewski: "...wydaje mi się, że pamięć aktora jest wyćwiczona. Inaczej zapamiętujecie. Mówię o metodzie na tak zwaną 'pamkę'.
Radziwiłowicz: 'Tekst to jest coś takiego, co aktor przyswaja mechanicznie, tak jak na przykład muzyk mechanicznie uczy się palcowania. To musi pracować samo i dopiero wtedy można nad tym panować, posługiwać się tym w ogóle, myśleć o jakimś wyrazie. (...) Często interesuje ludzi właśnie to, jak się można tyle tekstu na pamięć nauczyć i do tego często sprowadzają całą zasadniczą trudność naszego zawodu. Powiedziałbym, że to nie ma jeszcze nic wspólnego z tym zawodem."
Chyba wielu 'aktorów' o tym zapomina...
Chodźcie do Teatru Narodowego oglądać Mistrza - warto!:))
Opowiem Wam, jak to się zaczęło. W drugiej klasie liceum w książce od polskiego zobaczyłam zdjęcie, kadr z 'Człowieka z marmuru'. Przystojny facet trzymający czerwone róże. Oczywiście pan Jerzy. O tym zdjęciu, filmie i nieznanym mi wcześniej (co za wstyd!) aktorze zaczęła opowiadać mi wspaniała polonistka - Monika Cylke. Rozpływała się w zachwytach, dlatego ufając jej bezbłędnemu gustowi, postanowiłam pogrzebać trochę i dowiedzieć się, co to w ogóle za aktor;)
I wzięło mnie. Od razu.
Zaczęłam jeździć do Teatru Narodowego na wszystkie przedstawienia z Jego udziałem. Do tej pory miałam przyjemność obejrzeć te spektakle z Jego udziałem:
'Nie-boska komedia'
'Otello'
'Umowa, czyli łajdak ukarany'
'Miłość na Krymie'
'Kreacja'
'Ifigenia'
'Tartuffe'
'Sprawa'
'Natan Mędrzec'
Oprócz tego oczywiście Teatr Telewizji, filmy, wspaniały serial 'Glina'.
Naturalnie zaczęłam interesować się tym, jakim jest człowiekiem. Ten, który mnie artystycznie nigdy nie zawiódł.
Muszę Wam dodać, co najbliżsi oczywiście wiedzą, że na każdy spektakl idę z różą, a po spektaklu wymieniamy uwagi, chwilkę dyskutujemy. Na początku wręczałam mu różę na scenie, ale w końcu mnie pogonili, bo wyróżniałam jednego aktora i reszcie było przykro;) W zasadzie słusznie zrobili, bo ekipa Narodowego jest fantastyczna i faktycznie, każdemu należą się kwiaty za wykonaną pracę.
Jerzy w paru wywiadach przyznał się do fascynacji muzyką fado. Oczywiście na urodziny wręczyłam mu dwupłytowe wydawnictwo z muzyką fado i nie był to jedyny prezent, jaki dla niego miałam;)
Lubię to. Czuję, że w ten sposób mogę mu podziękować. Słowa to dla mnie za mało!
Wszystko się pięknie w ostatnich dniach ułożyło. W księgarniach pojawiła się absolutnie porywająca książka 'Wszystko jest lekko dziwne'.
To wywiad-rzeka Łukasza Maciejewskiego z Radziwiłowiczem. Majstersztyk. Już zdobyłam zaproszenie na oficjalne spotkanie promocyjne, 19. listopada w Scenie Studio w Narodowym.
Wczoraj za to byłam na spektaklu 'Natan Mędrzec'. Premiera przedwczoraj, więc spektakl świeżutki i pachnący. I tak niesamowicie mądry, refleksyjny - obowiązkowo!!!
Miałam różę oczywiście, miałam książkę do podpisu. Dostalam dedykację:
i miałam drobny prezent dla pana Jerzego.
Otóż w wywiadzie sprzed paru lat, jaki z Mistrzem przeprowadziła Małgorzata Domagalik, aktor przyznał się, że uwielbia książki z nierozciętymi stronami. Takie dziewicze, których nikt przed nim nie czytał.
Powiedziałam o tym mojemu wykładowcy, doktorowi Tadeuszowi Komendantowi, wspaniałemu teoretykowi literatury. Pół roku po skończonych zajęciach, złapał mnie na korytarzu Wydziału Polonistyki i wręczył mi 'Zakonnicę' Diderot z 54' roku. Nierozciętą.
Oczywiście pan Jerzy wczoraj 'Zakonnicę' otrzymał:))) Cudnie się złożyło, bo jest rozmiłowany w literaturze francuskiej.
No i tak moi drodzy. Pewnie część z Was pomyśli, że mam źle z głową, że zajmuję się jakimiś bzdurami. Ale ja szczerze uwielbiam tego człowieka. I każdego dnia chciałabym dziękować mu za te artystyczne uniesienia, jakich doświadczam, gdy obserwuję go, kiedy gra.
Poza tym ujmuje mnie Jego podejście do świata, do życia. Jego głos (baryton), sposób mówienia, jego chropowata męskość i styl bycia.
Fantastyczny, mądry i skromny człowiek. Bardzo ciepły przy bliższym poznaniu.
On ma 62 lata, można rzec - nie jest już młodzieniaszkiem, a ja stale obserwuję Jego rozwój. To niesamowite, jaką w sobie nosi paletę barw, emocji.
Na koniec cytat z książki. Idealnie obrazuje podejście Jerzego do aktorstwa i sądzę, że ten właśnie sposób myślenia jest przyczyną Jego sukcesu:
Maciejewski: "...wydaje mi się, że pamięć aktora jest wyćwiczona. Inaczej zapamiętujecie. Mówię o metodzie na tak zwaną 'pamkę'.
Radziwiłowicz: 'Tekst to jest coś takiego, co aktor przyswaja mechanicznie, tak jak na przykład muzyk mechanicznie uczy się palcowania. To musi pracować samo i dopiero wtedy można nad tym panować, posługiwać się tym w ogóle, myśleć o jakimś wyrazie. (...) Często interesuje ludzi właśnie to, jak się można tyle tekstu na pamięć nauczyć i do tego często sprowadzają całą zasadniczą trudność naszego zawodu. Powiedziałbym, że to nie ma jeszcze nic wspólnego z tym zawodem."
Chyba wielu 'aktorów' o tym zapomina...
Chodźcie do Teatru Narodowego oglądać Mistrza - warto!:))
niedziela, 28 października 2012
Między słowami
OK, stanowczo zbyt długo nie pojawiał się tu żaden nowy post. Jednak teraz następuje automobilizacja i do dzieła! Zapowiadam Wam regularną lekturę i posty umieszczane częściej niż to miało miejsce wcześniej.
Tym razem będzie o momentach wywracających wszystko do góry nogami i o wadze słów towarzyszących tym momentom.
Tak, ostatnio doświadczam wielu takich chwil i obserwuję je również u przyjaciół.
Nieprzypadkowo tytuł tego wpisu to równocześnie tytuł jednego z moich ulubionych filmów. Scarlett Johansson i Bill Murray za pomocą pojedynczych słów, drobnych przemilczeń i wymownej ciszy, uratowali swoje życia. Tak odczytuję ten film. Każde z nich znajdowało się w niewygodnym dla siebie momencie. Bezskutecznie próbowali odnaleźć sens życia 'na końcu świata'. A znaleźli w oczach drugiego człowieka.
Mądry film.
Czuję ostatnio zwiększoną odpowiedzialność za własne słowa. Zarówno w nowej pracy, gdzie oczywiście staram się jak najbardziej zadbać o pozytywne relacje, o dobrą komunikację, jak i w życiu prywatnym.
Jakiś czas temu dotarła do mnie druzgocąca informacja o poważnym kryzysie w związku Przyjaciół. Myślałam, że ideały jednak istnieją, że oni sa tego potwierdzeniem. Wierzyłam w nich, bo oni wierzyli w siebie. Niestety, to się zmieniło. Nie będę wdawać się w szczegóły, natomiast powiem Wam, że jest to sytuacja ekstremalna, z którą nigdy wcześniej nie miałam styczności.
Dodam, że z tymi Przyjaciółmi kontakt także się poluzował, głównie ze względu na zmieniane miejsca zamieszkania, wir życia codziennego itp. Trochę w związku z tym było problemów i obopólnych pretensji. Ale według mnie przyjaźni nie mierzy się częstotliwością spotkań, tylko myślą o kimś, dobrym gestem, wsparciem. Faktem, że po roku możemy gadać, jakbyśmy się widzieli wczoraj.
Poczułam, że w związku z tym kryzysem, muszę pomóc. Że to mój obowiązek, naturalna powinność. Ale cóż mogę więcej, poza przytuleniem, pobyciem z kimś i słownym wsparciem? Myślę o tym, czy to dużo, czy mało.
Ostatnio na osobę z tego związku, z którą mam większy kontakt, spłynęła kolejna fala kryzysu. I odczytajcie dosłownie to, że piszę: 'kochać nad życie'. Tu jest taka miłość.
Jeszcze istnieje, choć nie ma już szans na powrót do przeszłości.
Pozostaje mi trzymanie za rękę i powtarzanie, że warto żyć, że przyszłość istnieje. Że za jakiś czas pojawi się siła, mądrość doświadczeń, dystans.
Myślę w takich chwilach o wadze słów. Czy mogą one uratować życie? Dobre samopoczucie na pewno, ale czy życie? Mam nadzieję, że do tego było jednak daleko, choć może sama siebie oszukuję.
Dla mnie ten czas, jest czasem wątpliwości. W sens wielu rzeczy. Szukam ja i szukają bliskie mi osoby. Szczęścia, właściwego miejsca, rozwiązań najważniejszych życiowych problemów. Niektórzy podejmują ryzykowne decyzje, niektórzy tkwią w martwym punkcie, inni umierają z bólu a jeszcze inni się rodzą...
Może miło byłoby nie brać odpowiedzialności za słowa. Rzucać je na wiatr i nie przejmować się niczym. Ale ja tak nie potrafię. Zwłaszcza w odniesieniu do Przyjaciół...
Mój nowy szef powiedział mi niedawno: 'Wszystko jest trudne, dopóki nie stanie się proste.' Mam nadzieję, że ta teoria potwierdzi się także na gruncie prywatnym. Że za jakiś czas moje słowa nie będą tak potrzebne, a cierpienie bliskich zamieni się w ich niebywałą mądrość...
Tym razem będzie o momentach wywracających wszystko do góry nogami i o wadze słów towarzyszących tym momentom.
Tak, ostatnio doświadczam wielu takich chwil i obserwuję je również u przyjaciół.
Nieprzypadkowo tytuł tego wpisu to równocześnie tytuł jednego z moich ulubionych filmów. Scarlett Johansson i Bill Murray za pomocą pojedynczych słów, drobnych przemilczeń i wymownej ciszy, uratowali swoje życia. Tak odczytuję ten film. Każde z nich znajdowało się w niewygodnym dla siebie momencie. Bezskutecznie próbowali odnaleźć sens życia 'na końcu świata'. A znaleźli w oczach drugiego człowieka.
Mądry film.
Czuję ostatnio zwiększoną odpowiedzialność za własne słowa. Zarówno w nowej pracy, gdzie oczywiście staram się jak najbardziej zadbać o pozytywne relacje, o dobrą komunikację, jak i w życiu prywatnym.
Jakiś czas temu dotarła do mnie druzgocąca informacja o poważnym kryzysie w związku Przyjaciół. Myślałam, że ideały jednak istnieją, że oni sa tego potwierdzeniem. Wierzyłam w nich, bo oni wierzyli w siebie. Niestety, to się zmieniło. Nie będę wdawać się w szczegóły, natomiast powiem Wam, że jest to sytuacja ekstremalna, z którą nigdy wcześniej nie miałam styczności.
Dodam, że z tymi Przyjaciółmi kontakt także się poluzował, głównie ze względu na zmieniane miejsca zamieszkania, wir życia codziennego itp. Trochę w związku z tym było problemów i obopólnych pretensji. Ale według mnie przyjaźni nie mierzy się częstotliwością spotkań, tylko myślą o kimś, dobrym gestem, wsparciem. Faktem, że po roku możemy gadać, jakbyśmy się widzieli wczoraj.
Poczułam, że w związku z tym kryzysem, muszę pomóc. Że to mój obowiązek, naturalna powinność. Ale cóż mogę więcej, poza przytuleniem, pobyciem z kimś i słownym wsparciem? Myślę o tym, czy to dużo, czy mało.
Ostatnio na osobę z tego związku, z którą mam większy kontakt, spłynęła kolejna fala kryzysu. I odczytajcie dosłownie to, że piszę: 'kochać nad życie'. Tu jest taka miłość.
Jeszcze istnieje, choć nie ma już szans na powrót do przeszłości.
Pozostaje mi trzymanie za rękę i powtarzanie, że warto żyć, że przyszłość istnieje. Że za jakiś czas pojawi się siła, mądrość doświadczeń, dystans.
Myślę w takich chwilach o wadze słów. Czy mogą one uratować życie? Dobre samopoczucie na pewno, ale czy życie? Mam nadzieję, że do tego było jednak daleko, choć może sama siebie oszukuję.
Dla mnie ten czas, jest czasem wątpliwości. W sens wielu rzeczy. Szukam ja i szukają bliskie mi osoby. Szczęścia, właściwego miejsca, rozwiązań najważniejszych życiowych problemów. Niektórzy podejmują ryzykowne decyzje, niektórzy tkwią w martwym punkcie, inni umierają z bólu a jeszcze inni się rodzą...
Może miło byłoby nie brać odpowiedzialności za słowa. Rzucać je na wiatr i nie przejmować się niczym. Ale ja tak nie potrafię. Zwłaszcza w odniesieniu do Przyjaciół...
Mój nowy szef powiedział mi niedawno: 'Wszystko jest trudne, dopóki nie stanie się proste.' Mam nadzieję, że ta teoria potwierdzi się także na gruncie prywatnym. Że za jakiś czas moje słowa nie będą tak potrzebne, a cierpienie bliskich zamieni się w ich niebywałą mądrość...
sobota, 15 września 2012
Stare/Nowe
Teraźniejszości (według mnie) nie da się oddzielić od przeszłości i przyszłości. Obecny moment i nasze aktualne działania są wypadkową tego, co przeżyliśmy i tego, czego oczekujemy od przyszłości.
Ten wpis miał być przede wszystkim o tym, co dzieje się TERAZ i co ma się dziać. Tymczasem życie jak zwykle napisało swój własny scenariusz i 15. września okazał się być mocno osadzony w przeszłości:)
Ale zacznę od najważniejszego - nowej pracy! Pożegnałam tydzień temu Grzesia i Przystanek Kolejowa Były prezenty - ja dostałam m.in. wiele mówiącą książkę 'Jak to zrobić w kuchni?' :) Uprzedzę, to nie kuchenna kamasutra, tylko absolutnie fantastyczny poradnik, który ukazuje wszystkie kulinarne niuanse. Polecam! Grzesiowi dałam kubek Master Chefa i jego ukochaną sypaną kawusię :D
Było pięknie, ale przyszedł moment na kolejny etap.
Teraz moim miejscem jest Verona Products Professional. OK, kocham kosmetyki i w TE kosmetyki wierzę. Z przyjemnością zajmuję się marketingiem w tej firmie. Nie chcę tu robić jakiejś nachalnej reklamy czy czegoś tendencyjnego w tym stylu. Chodzi o to, że nie ukrywam ekscytacji nową pracą i jestem dumna z tego, że firma nie dość, że mieści się poza Warszawą, to jeszcze jest nasza, polska. A potrafi eksportować kosmetyki dobrej jakości do ponad 60 krajów! To jest super.
Poza tym atmosfera jest fajna i wszędzie leżą kosmetyki, co niewątpliwie stanowi wartość dodaną tej pracy:D
Trzymajcie za mnie kciuki!
Po pierwszym tygodniu w pracy, który zleciał niesamowicie szybko, przyszedł czas na weekend. Weekend, jak się okazuje, osadzony w przeszłości dalszej i bliższej. Wczoraj oglądałam 'Mrocznego Rycerza'. Tak to jest, jak już mówiłam, że teraźniejszość to puzzle przeszości. Patrzyłam na poszczególne sceny, a w głowie przewijały mi się niczym slajdy momenty, gdy oglądałam ten film (pierwszy raz) z Pewną Ważną Osobą. Od razu przypomniało mi się, jak przez cały film powtarzał: 'Ale ta Maggie Gyllenhaal jest paskudna!' Mocno się spieraliśmy w tej kwestii;) Wszystko to jakoś do mnie wczoraj powróciło. Bardzo spontanicznie napisałam do niego mail, taki zwykły, co słychać itd. Wyobraźcie sobie, że dziś zadzwonił...to był nasz pierwszy kontakt od majowego rozstania. Bardzo miło nam się rozmawiało. Jest w nowym związku.
Hmmm, coś o nim jeszcze niedługo napiszę, zrobię mu reklamę, bo on robi dobre rzeczy. Ale to w swoim czasie:))
Ten telefon był dość poruszający, przywrócił na chwilę przeszłość do tego 15. września...ale godzinę później odezwała się kolejna Ważna Osoba. Też przywołała to i owo;) Jakieś dwa tygodnie temu, spędzając w rodzinnym domu pierwszą noc po przeprowadzce, wpadłam w niewiarygodny dół. Pewnie też czasem tak się czuliście...coś Was gniotło, nie pozwalało spać spokojnie. Jakiś zawód, żal, wściekłość, smutek, nie bardzo wiadomo, co jeszcze. Siedząc przed moim netbookiem, zdecydowałam się napisać dłuugi mail do mężczyzny, z którym złapałam fantastyczny kontakt przed ostatnie dwa lata. To niebywała osoba. Wolny duch, optymista, obieżyświat. Wiele osób z pewnością może nazwać go 'lekkoduchem', mało ustabilizowaną jednostką, itp., itd....a według mnie On ma w sobie tak wiele życiowej mądrości w stosunku do młodego wieku...i prawdopodobnie lepiej kieruje swoim życiem niż zamknięte w kieracie warszawskie lemingi
Genialnie pożegnaliśmy się przed moim wyjazdem z Warszawy, spędzając klubową noc, po której naciągnięty mięsień nogi boli mnie do tej pory!:)
Czasem tak bywa, że są między ludźmi pozytywne emocje, jakieś dobre fluidy, ale nie wychodzi z tego nic więcej. Kiedy się żegnaliśmy, mogło się coś więcej pojawić. Ale się nie pojawiło. Człowiek potem żałuje, albo i nie, rozkminia, co mógł zrobić inaczej, czego nie zrobił przez swoje tchórzostwo itd...no i napisałam do Niego. Wszyscy za to ganią, jest zasada: Piłeś - nie pisz. Ja nie piłam, ale zjazd był podobny:D Napisałam i przez dwa tygodnie raczyłam się ciszą, sądząc, że nici z jakiegokolwiek kontaktu między nami.
A tu patrzcie, odezwał się dzisiaj. Ważna Osoba napisała, że generalnie warto być szczerym w tym, co się robi, czuje, i nie można się tego wstydzić. Przyznam, pokrzepiające. Przynajmniej mogę mniej żałować moich wypocin-)) Albo nie żałować ich wcale!
Dziwny czas. Cały tydzień projektów, parcia do przodu. Wiecie...rozwój, przyszłość, możliwości. A tu weekend pod znakiem: 'Powrót do przeszłości'. Widocznie tak musi być, że w przyrodzie występuje balans. Że pomiędzy tym, co stare, a tym, co nowe, jest równowaga. Że w teraźniejszości musimy przyjmować na swoje barki zarówno to, co tworzyło nas w dalszej i bliższej przeszłości, jak i to, co chcemy robić dalej. Każdego dnia.
Ten wpis miał być przede wszystkim o tym, co dzieje się TERAZ i co ma się dziać. Tymczasem życie jak zwykle napisało swój własny scenariusz i 15. września okazał się być mocno osadzony w przeszłości:)
Ale zacznę od najważniejszego - nowej pracy! Pożegnałam tydzień temu Grzesia i Przystanek Kolejowa Były prezenty - ja dostałam m.in. wiele mówiącą książkę 'Jak to zrobić w kuchni?' :) Uprzedzę, to nie kuchenna kamasutra, tylko absolutnie fantastyczny poradnik, który ukazuje wszystkie kulinarne niuanse. Polecam! Grzesiowi dałam kubek Master Chefa i jego ukochaną sypaną kawusię :D
Było pięknie, ale przyszedł moment na kolejny etap.
Teraz moim miejscem jest Verona Products Professional. OK, kocham kosmetyki i w TE kosmetyki wierzę. Z przyjemnością zajmuję się marketingiem w tej firmie. Nie chcę tu robić jakiejś nachalnej reklamy czy czegoś tendencyjnego w tym stylu. Chodzi o to, że nie ukrywam ekscytacji nową pracą i jestem dumna z tego, że firma nie dość, że mieści się poza Warszawą, to jeszcze jest nasza, polska. A potrafi eksportować kosmetyki dobrej jakości do ponad 60 krajów! To jest super.
Poza tym atmosfera jest fajna i wszędzie leżą kosmetyki, co niewątpliwie stanowi wartość dodaną tej pracy:D
Trzymajcie za mnie kciuki!
Po pierwszym tygodniu w pracy, który zleciał niesamowicie szybko, przyszedł czas na weekend. Weekend, jak się okazuje, osadzony w przeszłości dalszej i bliższej. Wczoraj oglądałam 'Mrocznego Rycerza'. Tak to jest, jak już mówiłam, że teraźniejszość to puzzle przeszości. Patrzyłam na poszczególne sceny, a w głowie przewijały mi się niczym slajdy momenty, gdy oglądałam ten film (pierwszy raz) z Pewną Ważną Osobą. Od razu przypomniało mi się, jak przez cały film powtarzał: 'Ale ta Maggie Gyllenhaal jest paskudna!' Mocno się spieraliśmy w tej kwestii;) Wszystko to jakoś do mnie wczoraj powróciło. Bardzo spontanicznie napisałam do niego mail, taki zwykły, co słychać itd. Wyobraźcie sobie, że dziś zadzwonił...to był nasz pierwszy kontakt od majowego rozstania. Bardzo miło nam się rozmawiało. Jest w nowym związku.
Hmmm, coś o nim jeszcze niedługo napiszę, zrobię mu reklamę, bo on robi dobre rzeczy. Ale to w swoim czasie:))
Ten telefon był dość poruszający, przywrócił na chwilę przeszłość do tego 15. września...ale godzinę później odezwała się kolejna Ważna Osoba. Też przywołała to i owo;) Jakieś dwa tygodnie temu, spędzając w rodzinnym domu pierwszą noc po przeprowadzce, wpadłam w niewiarygodny dół. Pewnie też czasem tak się czuliście...coś Was gniotło, nie pozwalało spać spokojnie. Jakiś zawód, żal, wściekłość, smutek, nie bardzo wiadomo, co jeszcze. Siedząc przed moim netbookiem, zdecydowałam się napisać dłuugi mail do mężczyzny, z którym złapałam fantastyczny kontakt przed ostatnie dwa lata. To niebywała osoba. Wolny duch, optymista, obieżyświat. Wiele osób z pewnością może nazwać go 'lekkoduchem', mało ustabilizowaną jednostką, itp., itd....a według mnie On ma w sobie tak wiele życiowej mądrości w stosunku do młodego wieku...i prawdopodobnie lepiej kieruje swoim życiem niż zamknięte w kieracie warszawskie lemingi
Genialnie pożegnaliśmy się przed moim wyjazdem z Warszawy, spędzając klubową noc, po której naciągnięty mięsień nogi boli mnie do tej pory!:)
Czasem tak bywa, że są między ludźmi pozytywne emocje, jakieś dobre fluidy, ale nie wychodzi z tego nic więcej. Kiedy się żegnaliśmy, mogło się coś więcej pojawić. Ale się nie pojawiło. Człowiek potem żałuje, albo i nie, rozkminia, co mógł zrobić inaczej, czego nie zrobił przez swoje tchórzostwo itd...no i napisałam do Niego. Wszyscy za to ganią, jest zasada: Piłeś - nie pisz. Ja nie piłam, ale zjazd był podobny:D Napisałam i przez dwa tygodnie raczyłam się ciszą, sądząc, że nici z jakiegokolwiek kontaktu między nami.
A tu patrzcie, odezwał się dzisiaj. Ważna Osoba napisała, że generalnie warto być szczerym w tym, co się robi, czuje, i nie można się tego wstydzić. Przyznam, pokrzepiające. Przynajmniej mogę mniej żałować moich wypocin-)) Albo nie żałować ich wcale!
Dziwny czas. Cały tydzień projektów, parcia do przodu. Wiecie...rozwój, przyszłość, możliwości. A tu weekend pod znakiem: 'Powrót do przeszłości'. Widocznie tak musi być, że w przyrodzie występuje balans. Że pomiędzy tym, co stare, a tym, co nowe, jest równowaga. Że w teraźniejszości musimy przyjmować na swoje barki zarówno to, co tworzyło nas w dalszej i bliższej przeszłości, jak i to, co chcemy robić dalej. Każdego dnia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








