Za niecały miesiąc obchodzić będę 25. urodziny. Jeśli miałabym za pomocą kilku słów określić, co decyduje o moich życiowych losach, wymieniłabym: determinację, cierpliwość i konsekwencję. Podczas ostatnich dwóch tygodni przekonałam się o tym całkowicie.
Oczywiście, w życiu trzeba mieć jeszcze trochę szczęścia. Sądzę, że moja kocia natura sprawia, że spadam zawsze na cztery łapy - to moje szczęście:)
Od jakiegoś czasu poszukiwania nowej pracy były tak zintensyfikowane, że doszłam do wniosku, że w najbliższym czasie po prostu musi się udać.
Determinacja
Na rozmowę kwalifikacyjną wybrałam się aż do Tarnowa. 13 godzin w sześciu pociągach, żeby dojechać do firmy rekruterskiej - cóż, niektórym nie chce się jechać nawet do miasta obok, by spotkać się z head-hunterem albo potencjalnym szefem. W tym samym czasie dzwoniły oczywiście telefony, jeździłam na rozmowy. W Tarnowie aplikowałam na stanowisko managerskie. Trudne, wymagające i dobrze płatne.
Przeszłam do drugiego etapu, z czego oczywiście bardzo się ucieszyłam. Wysiłek opłacił się.
Stojąc na dworcu głównym w Krakowie, odebrałam telefon z pewnej agencji, w której pracuje koleżanka.
Tam aplikowałam na staż do działu strategii.
Pewnie zastanawiacie się, jak można być potencjalnie managerem w jednej firmie i stażystą w drugiej...cóż, rynek mamy tak zróżnicowany, że można. Mimo że to staż, ucieszyłam się. Strategia to od paru lat działka, w której czuję się najlepiej. Uwielbiam marketing i PR oparty na cudownej strategii...długo mogłabym o tym opowiadać...
Cierpliwość
Ten telefon z agencji pojawił się w ważnym momencie. Uzmysłowił mi, że mogę się cofnąć, ale tylko po to, by wziąć rozbieg, by rozwinąć skrzydła w tej konkretnej specjalizacji. Marzyłam o tym. Od dawna. Robiłam inne rzeczy, często bardzo pasjonujące, ale to nie był ten 'top'.
Tym razem - byłam blisko.
W strategiach zakochałam się od początków mojej pracy w PR i byłam pewna, że to jest to. W tym dziale nie ma wielu rotacji personelu, więc musiałam obrać strategię sama dla siebie.
Konsekwencja
Zbierałam doświadczenia, wytrwale i mozolnie. Dzięki temu od wtorku rozpoczynam staż. On będzie trampoliną. Wiem, że staż to nie marketing manager. Ale ja jestem długodystansowcem. Ja czuję, że to się w dłuższej perspektywie opłaci. Wierzę w to.
Żeby nie było, że tylko kwestie zawodowe. Rozmawiałam dziś z moją kochaną koleżanką, z którą nie miałam kontaktu od jakiegoś czasu. Rok temu była na emocjonalnym i zdrowotnym dnie. Ale poszła na terapię, pracuje, ma kochającego faceta. Wzięła los w swoje ręce, które nie okazały się być takie słabe. Wreszcie żyje, bo w końcu uwierzyła, że można coś zmienić. Że drobnymi krokami można pokonać długą trasę. Ja też przejdę ten maraton!
środa, 29 maja 2013
sobota, 11 maja 2013
Ikra? Już tylko u ryb!
Dzisiejsza blotka - jak w tytule. O braku ikry w zachowaniu pewnych osób. W jakich sytuacjach to się przejawia, kogo dotyczy i jak temu zaradzić?
W ostatnim czasie spotkało mnie kilka sytuacji, kiedy to miałam wątpliwą przyjemność odczuć ten przysłowiowy 'brak jaj'. To dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Brak cywilnej odwagi, by powiedzieć komuś prawdę w oczy, przyznać się do błędu czy wyjaśnić to i owo.
Nienawidzę tego.
Uważam, że szczerość należy się każdemu człowiekowi, a uczciwość względem drugiego człowieka jest podstawą naszego wizerunku i przede wszystkim - wyznacznikiem naszego kręgosłupa moralnego.
Trudno przystać mi na sytuację, w której potencjalny pracodawca obiecuje, że do tego i tego dnia da mi informację zwrotną na temat zatrudnienia. I cisza. To spotyka oczywiście wiele osób szukających pracy. Takie zachowanie jest nagminne.
Czy nie byłoby prościej powiedzieć - jeżeli decyzja będzie pozytywna, do tego i tego dnia odezwę się do Pani? Wtedy nawet na negatywną odpowiedź nie czekałabym kilka tygodni. Banalnie proste, a o ile uczciwsze?
Trudno mi zaakceptować sytuację, gdy na gruncie prywatnym ktoś ukrywa przede mną ważne informacje o swojej przeszłości. Zwłaszcza, jeśli sytuacje z przeszłości rzutują na teraźniejszość. Warto być do bólu szczerym od samego początku. Nie stawiać drugiej strony w niekomfortowej sytuacji i co najważniejsze - nie warto od początku znajomości nadszarpywać zaufania, które bardzo trudno dzisiaj odbudować.
A jeszcze trudniej zaakceptować kłamliwe słówka, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. "Lubię" ludzi, którzy piszą o uczciwości, obiecują wiele rzeczy, po czym delikatnie usuwają się z życia drugiej strony, olewając ją i nie odpowiadając na komunikaty, nie dając nawet szansy drugiej stronie.
Życie jest proste. Nie chcesz się z kimś spotykać, kogoś zatrudnić, masz za dużo pracy, masz byłą żonę, chcesz się rozstać z mężem - bądź szczera/szczery. Pisz, mów wprost.
To jest absolutnie zawsze lepsze rozwiązanie. Niespełnione nadzieje i zawiedzione zaufanie bolą najbardziej. Każdy człowiek, prędzej czy później, bardziej doceni szczerość, choćby bolesną.
Moja rada dla zawiedzionych i oszukanych? Cóż, każda osoba zasługuje na czystą kartę i kredyt zaufania. Ale z tyłu głowy, bądźmy realistami przygotowanymi na wszystko. Nie dajmy się zbyt szybko zaślepić, zachłysnąć. Pozwólmy komuś zapracować na nasze zaufanie. To zaprocentuje.
W ostatnim czasie spotkało mnie kilka sytuacji, kiedy to miałam wątpliwą przyjemność odczuć ten przysłowiowy 'brak jaj'. To dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Brak cywilnej odwagi, by powiedzieć komuś prawdę w oczy, przyznać się do błędu czy wyjaśnić to i owo.
Nienawidzę tego.
Uważam, że szczerość należy się każdemu człowiekowi, a uczciwość względem drugiego człowieka jest podstawą naszego wizerunku i przede wszystkim - wyznacznikiem naszego kręgosłupa moralnego.
Trudno przystać mi na sytuację, w której potencjalny pracodawca obiecuje, że do tego i tego dnia da mi informację zwrotną na temat zatrudnienia. I cisza. To spotyka oczywiście wiele osób szukających pracy. Takie zachowanie jest nagminne.
Czy nie byłoby prościej powiedzieć - jeżeli decyzja będzie pozytywna, do tego i tego dnia odezwę się do Pani? Wtedy nawet na negatywną odpowiedź nie czekałabym kilka tygodni. Banalnie proste, a o ile uczciwsze?
Trudno mi zaakceptować sytuację, gdy na gruncie prywatnym ktoś ukrywa przede mną ważne informacje o swojej przeszłości. Zwłaszcza, jeśli sytuacje z przeszłości rzutują na teraźniejszość. Warto być do bólu szczerym od samego początku. Nie stawiać drugiej strony w niekomfortowej sytuacji i co najważniejsze - nie warto od początku znajomości nadszarpywać zaufania, które bardzo trudno dzisiaj odbudować.
A jeszcze trudniej zaakceptować kłamliwe słówka, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. "Lubię" ludzi, którzy piszą o uczciwości, obiecują wiele rzeczy, po czym delikatnie usuwają się z życia drugiej strony, olewając ją i nie odpowiadając na komunikaty, nie dając nawet szansy drugiej stronie.
Życie jest proste. Nie chcesz się z kimś spotykać, kogoś zatrudnić, masz za dużo pracy, masz byłą żonę, chcesz się rozstać z mężem - bądź szczera/szczery. Pisz, mów wprost.
To jest absolutnie zawsze lepsze rozwiązanie. Niespełnione nadzieje i zawiedzione zaufanie bolą najbardziej. Każdy człowiek, prędzej czy później, bardziej doceni szczerość, choćby bolesną.
Moja rada dla zawiedzionych i oszukanych? Cóż, każda osoba zasługuje na czystą kartę i kredyt zaufania. Ale z tyłu głowy, bądźmy realistami przygotowanymi na wszystko. Nie dajmy się zbyt szybko zaślepić, zachłysnąć. Pozwólmy komuś zapracować na nasze zaufanie. To zaprocentuje.
czwartek, 11 kwietnia 2013
Fundamenty w pracy
Kilka ostatnich dni skłoniło mnie do napisania o pracy. Tym razem obędzie się bez ubolewania nad trudnym rynkiem i kryzysem. Chcę napisać o swoim rozumieniu 'dobrej pracy' oraz stosunków podwładny - przełożony.
We wtorek Marcin Kalkhoff, autor bloga BrandDoctor, serdeczny kolega deprymujący mnie często swoją wiedzą;) udostępnił na Facebooku zdjęcie:
Prawdopodobnie każdy z nas spotkał kiedyś bossa, niestety - niewielu z nas było dane spotkać leadera.
Różnice widzi się i wyczuwa intuicyjnie. To dwie różne osobowości.
Ja poznałam w pracy zarówno smak strachu, jak i smak rodzinnego ciepła.
Strach pojawiał się wtedy, gdy napotykałam na mur. Na osoby słuchające jedynie własnego głosu i nie uznawałjące inspiracji z zewnątrz.
Rodzinne ciepło pojawiło się wraz z pojawieniem się na mojej drodze Bohdana Pawłowicza. Człowieka, o którym śmiało mogę powiedzieć - szef idealny. 'Leader' a nie 'boss'. Pełen pokory, empatii, wyczucia i szacunku dla drugiego człowieka. Słuchający innych, mimo własnych znakomitych kompetencji.
Ostatnio rozmawiałam z przyjacielem, który zajmuje stanowisko managerskie, o sile pracowników w firmie. Oboje doszliśmy do wniosku, że siłą przedsiębiorstwa jest nie tyle 'własna wizja prezesa', ile zaangażowanie i pomysły pracowników niższych szczebli.
Jak z nieba spadł dzisiaj wywiad z dr. Johnem J. Schererem i Amy Barnes na portalu PRoto, traktujący o prawdziwie lojalnych pracownikach, których tak naprawdę tworzą managerowie - dając im wsparcie, stymulację intelektualną i dobrą atmosferę.
Znam miejsca pracy z niewiarygodną rotacją pracowników. Nigdy nie zrozumiem strategii działania prezesa, który widzi jedynie zadania do spełnienia, nie dostrzega natomiast jakości ich wykonywania. Ta bowiem będzie zależna od stopnia zaangażowania pracownika, to oczywiste. Ten stopień z kolei będzie wysoki, jeśli pracownik będzie odpowiednio wdrożony i przede wszystkim - będzie się z firmą identyfikować. Wierzyć, że to, co robi, ma po prostu sens.
Piszę ten post dlatego, że frustruje mnie sposób myślenia niektórych 'bossów'.
Znajoma poszła na rozmowę kwalifikacyjną do jednej z najważniejszych agencji reklamowych w kraju, ścisłe top 5. Prezes pokazał wszystkie agencyjne nagrody, 'trofea'. Rozsiadł się na kanapie i zupełnie poważnie powiedział: "Wie pani, do mnie strasznie trudno się dostać. Ale bardzo łatwo wylecieć."
Cóż, ja zostanę przy swoim...człowiekiem trzeba być... i prywatnie, i zawodowo...
We wtorek Marcin Kalkhoff, autor bloga BrandDoctor, serdeczny kolega deprymujący mnie często swoją wiedzą;) udostępnił na Facebooku zdjęcie:
Prawdopodobnie każdy z nas spotkał kiedyś bossa, niestety - niewielu z nas było dane spotkać leadera.
Różnice widzi się i wyczuwa intuicyjnie. To dwie różne osobowości.
Ja poznałam w pracy zarówno smak strachu, jak i smak rodzinnego ciepła.
Strach pojawiał się wtedy, gdy napotykałam na mur. Na osoby słuchające jedynie własnego głosu i nie uznawałjące inspiracji z zewnątrz.
Rodzinne ciepło pojawiło się wraz z pojawieniem się na mojej drodze Bohdana Pawłowicza. Człowieka, o którym śmiało mogę powiedzieć - szef idealny. 'Leader' a nie 'boss'. Pełen pokory, empatii, wyczucia i szacunku dla drugiego człowieka. Słuchający innych, mimo własnych znakomitych kompetencji.
Ostatnio rozmawiałam z przyjacielem, który zajmuje stanowisko managerskie, o sile pracowników w firmie. Oboje doszliśmy do wniosku, że siłą przedsiębiorstwa jest nie tyle 'własna wizja prezesa', ile zaangażowanie i pomysły pracowników niższych szczebli.
Jak z nieba spadł dzisiaj wywiad z dr. Johnem J. Schererem i Amy Barnes na portalu PRoto, traktujący o prawdziwie lojalnych pracownikach, których tak naprawdę tworzą managerowie - dając im wsparcie, stymulację intelektualną i dobrą atmosferę.
Znam miejsca pracy z niewiarygodną rotacją pracowników. Nigdy nie zrozumiem strategii działania prezesa, który widzi jedynie zadania do spełnienia, nie dostrzega natomiast jakości ich wykonywania. Ta bowiem będzie zależna od stopnia zaangażowania pracownika, to oczywiste. Ten stopień z kolei będzie wysoki, jeśli pracownik będzie odpowiednio wdrożony i przede wszystkim - będzie się z firmą identyfikować. Wierzyć, że to, co robi, ma po prostu sens.
Piszę ten post dlatego, że frustruje mnie sposób myślenia niektórych 'bossów'.
Znajoma poszła na rozmowę kwalifikacyjną do jednej z najważniejszych agencji reklamowych w kraju, ścisłe top 5. Prezes pokazał wszystkie agencyjne nagrody, 'trofea'. Rozsiadł się na kanapie i zupełnie poważnie powiedział: "Wie pani, do mnie strasznie trudno się dostać. Ale bardzo łatwo wylecieć."
Cóż, ja zostanę przy swoim...człowiekiem trzeba być... i prywatnie, i zawodowo...
piątek, 22 marca 2013
Parę słów o wstydzie
Wszelkiego rodzaju poradniki i kolorowe magazyny lifestylowe kładą nam do głowy, że wady trzeba przekuwać w zalety. Wręcz pastwić się nad nimi, by obróciły się na naszą korzyść, stały atutem, albo po prostu - wyparowały. Nie jest to jednak takie proste... Zanim dojdziemy do upragnionej wiktorii, musimy zmierzyć się z najbardziej według mnie paraliżującym uczuciem - wstydem.
Trudno mi znaleźć bardziej destrukcyjne uczucie. Przyznaję, doświadczam go i wiem, co to znaczy - wstydzić się do granic możliwości.
Gdy się boisz, krzyczysz, błagasz o pomoc. Gdy się wstydzisz, nikt o tym nie wie,
Gdy się złościsz, krzyczysz, rzucasz przedmiotami. Gdy się wstydzisz, nikt o tym nie wie.
Gdy nienawidzisz, krzyczysz albo piszesz głupie maile i SMS-y. Gdy się wstydzisz, nikt o tym nie wie.
Gdy rozpaczasz, krzyczysz i płaczesz. Gdy się wstydzisz, nikt o tym nie wie.
Wstyd bywa bombą, która nawet nie tyka. Nie daje żadnego znaku, że zaraz wybuchnie. Albo niczym wulkan, na chwilę przycichnie, by później uderzyć ze zdwojoną siłą.
Prawie każdy z nas ma coś, czego się wtydzi. To mogą być czynności wykonywane potajemnie, części ciała, których nienawidzimy, braki w edukacji, zwłaszcza, gdy porównujemy się z innymi, brak pracy. Zaniżone poczucie własnej wartości absolutnie hamuje rozwój człowieka.
Ostatni czas, kiedy mam okazję rozmawiać z potencjalnymi pracodawcami, to moment, w którym pytana jestem o swoje wady. Wedle niektórych poradników, powinniśmy mówić o takiej wadzie, która może być też zaletą. Ale jeżeli spojrzymy prawdzie w oczy, to znajdziemy w sobie wiele niedoskonałości, które ciężko przekuć w sukces. Za dużo gadasz? Ciężko znosisz porażki? Spóźniasz się, albo bałaganisz na biurku? Każdy ma jakieś minusy. Nie sądzę, by rzeczywiście chodziło o zamienianie wad w atuty. Ale umiejętność zapanowania nad nimi to klucz do sukcesu. Ja na przykład zapanowałam nad przerywaniem rozmówcy. Zapanowałam nad totalnym minusem:) Od początku roku ćwiczę, by być w lepszej formie i nie wstydzić się ciała.
Własną pracą możemy starać się ujarzmić nasze wady, powodujące nierzadko ogromny wstyd. Wstyd może pomóc opanować także osoba, której ufamy i z której zdaniem się liczymy. Szczery przyjaciel to najlepszy poradnik na świecie...
Dlatego ja nie szczędzę nigdy komplementów. Kto wie, jakie kompleksy mają osoby wokół nas? Na tle fizycznym, intelektualnym, emocjonalnym? Jak wielką przykrywką bywają szerokie uśmiechy? Dobre słowo buduje, staram się o tym nie zapominać. Także patrząc w lustro.
wtorek, 12 marca 2013
Szczyty...
Naprawdę cieszę się, że rozpoczęło się konklawe. Jestem przekonana, że tylko to wydarzenie może przyćmić główny temat mediów w minionym tygodniu - mianowicie śmierć naszych himalaistów.
Mój wpis na Facebooku z 7. marca wywołał dyskusję nie tylko w Internecie, lecz także u mnie w domu. Dlaczego?
Otóż dlatego, że jestem bardzo przeciwna roztrząsaniu tematu śmierci himalaistów w mediach. Mam do tego pełne prawo i nie zamierzam czuć się winna z tego powodu, że nie rozumiem pasji himalaistów i nie aprobuję jej.
Oczywiście, oni mogą robić, co chcą, to ich życie. Ale fakt, że wspinając się na szczyty, ryzykują własne zdrowie, to także tylko i wyłącznie ich sprawa, ich problem.
Znakomicie rzecz ujęła moja koleżanka, Kinga (przytaczam Jej komentarz pod moim wpisem na FB): "Wszystko dobrze - lata przygotowań, pasja, cokolwiek. jeden lubi to, drugi tamto. jeden siedzi przed kompem i pisze felietony, inny gania po lesie, czy po górach, by zdobyć jakiś rekord (i wcale to nie znaczy, że pierwszy jest gorszy od drugiego). nieważne. chodzi o to, że realizacja pasji nie jest żadnym "bohaterstwem" (i bohaterstwo nie jest większe, gdy jest większe ryzyko - no chyba, że ktoś podejmuje ryzyko w obronie innych nagle, bez przygotowań, np ratując kogoś z płonącego budynku). a w tym przypadku po prostu stało się to, co było dość prawdopodobne i cała gadanina o tym jest jak opowiadanie o tym, że w zimie spadł śnieg, a w lecie był upał."
Zgadzam się z jej opinią całkowicie. Niestety, media podchwyciły temat i od tygodnia bombardują tekstami: 'Karakorum - polska góra dumy, polska góra śmierci', ujęcia gór w czerni i bieli (jak gdyby zmarła ważna persona życia społecznego czy kultury).
Każda śmierć jest ciosem.
Ale nie należy rozdmuchiwać tej sytuacji i nadawać jej rangi wielkiego wyczynu. Wczoraj obejrzałam całą debatę polskich himalaistów w programie 'Tomasz Lis - Na Żywo'. Uczestniczyła w niej także żona zaginionego w 2009 r. wspinacza - Olga Morawska. Kobietę tę widziałam w telewizji także kilka godzin wcześniej. Powiedziała bardzo dojmującą rzecz, mniej więcej to, że gdy sprawa jest świeża, media się interesują, jest głośno. Ale po jakimś czasie, gdy szum medialny opada, rodzina zostaje ze śmiercią bliskiej osoby sama.
NIEMOŻLIWE?!
Opadły mi ręce, przyznam szczerze. Codziennie ludzie umierają, giną, wcale nie podejmując świadomego ryzyka. Nad nimi nie pochylają się media. Wszystkie rodziny są z tym same. Powiedzmy sobie szczerze, nie ma w tym nic dziwnego.
Dziwi mnie natomiast fakt (albo w zasadzie może już nie...), że media, które teoretycznie powinny pochylać się nad sprawami dla kraju ważnymi, przez tydzień atakują ludzi informacjami o zmarłych. Co więcej, Ministerstwo Sportu dołoży się do wyprawy na Broad Peak, która ma na celu odnalezienie ciał...
Cóż, wiem, że alpinizm jest uznawany za sport zimowy. Nie mam na to wpływu, ale mam prawo się z tym nie zgadzać.
Oprócz wytartych już sloganów w stylu 'pokonywanie własnych barier', 'pasja ponad życie' itp, nie widzę żadnych korzyści z takiego zdobywania szczytów. Ani to wychowawcze, ani rozsądne...nikt w telewizji, żaden ze wspinaczy, nie mówi o ogólnych dla społeczeństwa profitach z uprawiania wspinaczki. Mówią li tylko o sobie. Dlaczego więc egoistyczna aktywność jest tak szeroko komentowana?
Współczuję rodzinie zmarłych. Ale nie bardziej, niż rodzinom wszystkich ludzi, którzy zginęli w wypadkach. Himalaiści nie są dla mnie bohaterami. Po prostu.
Mój wpis na Facebooku z 7. marca wywołał dyskusję nie tylko w Internecie, lecz także u mnie w domu. Dlaczego?
Otóż dlatego, że jestem bardzo przeciwna roztrząsaniu tematu śmierci himalaistów w mediach. Mam do tego pełne prawo i nie zamierzam czuć się winna z tego powodu, że nie rozumiem pasji himalaistów i nie aprobuję jej.
Oczywiście, oni mogą robić, co chcą, to ich życie. Ale fakt, że wspinając się na szczyty, ryzykują własne zdrowie, to także tylko i wyłącznie ich sprawa, ich problem.
Znakomicie rzecz ujęła moja koleżanka, Kinga (przytaczam Jej komentarz pod moim wpisem na FB): "Wszystko dobrze - lata przygotowań, pasja, cokolwiek. jeden lubi to, drugi tamto. jeden siedzi przed kompem i pisze felietony, inny gania po lesie, czy po górach, by zdobyć jakiś rekord (i wcale to nie znaczy, że pierwszy jest gorszy od drugiego). nieważne. chodzi o to, że realizacja pasji nie jest żadnym "bohaterstwem" (i bohaterstwo nie jest większe, gdy jest większe ryzyko - no chyba, że ktoś podejmuje ryzyko w obronie innych nagle, bez przygotowań, np ratując kogoś z płonącego budynku). a w tym przypadku po prostu stało się to, co było dość prawdopodobne i cała gadanina o tym jest jak opowiadanie o tym, że w zimie spadł śnieg, a w lecie był upał."
Zgadzam się z jej opinią całkowicie. Niestety, media podchwyciły temat i od tygodnia bombardują tekstami: 'Karakorum - polska góra dumy, polska góra śmierci', ujęcia gór w czerni i bieli (jak gdyby zmarła ważna persona życia społecznego czy kultury).
Każda śmierć jest ciosem.
Ale nie należy rozdmuchiwać tej sytuacji i nadawać jej rangi wielkiego wyczynu. Wczoraj obejrzałam całą debatę polskich himalaistów w programie 'Tomasz Lis - Na Żywo'. Uczestniczyła w niej także żona zaginionego w 2009 r. wspinacza - Olga Morawska. Kobietę tę widziałam w telewizji także kilka godzin wcześniej. Powiedziała bardzo dojmującą rzecz, mniej więcej to, że gdy sprawa jest świeża, media się interesują, jest głośno. Ale po jakimś czasie, gdy szum medialny opada, rodzina zostaje ze śmiercią bliskiej osoby sama.
NIEMOŻLIWE?!
Opadły mi ręce, przyznam szczerze. Codziennie ludzie umierają, giną, wcale nie podejmując świadomego ryzyka. Nad nimi nie pochylają się media. Wszystkie rodziny są z tym same. Powiedzmy sobie szczerze, nie ma w tym nic dziwnego.
Dziwi mnie natomiast fakt (albo w zasadzie może już nie...), że media, które teoretycznie powinny pochylać się nad sprawami dla kraju ważnymi, przez tydzień atakują ludzi informacjami o zmarłych. Co więcej, Ministerstwo Sportu dołoży się do wyprawy na Broad Peak, która ma na celu odnalezienie ciał...
Cóż, wiem, że alpinizm jest uznawany za sport zimowy. Nie mam na to wpływu, ale mam prawo się z tym nie zgadzać.
Oprócz wytartych już sloganów w stylu 'pokonywanie własnych barier', 'pasja ponad życie' itp, nie widzę żadnych korzyści z takiego zdobywania szczytów. Ani to wychowawcze, ani rozsądne...nikt w telewizji, żaden ze wspinaczy, nie mówi o ogólnych dla społeczeństwa profitach z uprawiania wspinaczki. Mówią li tylko o sobie. Dlaczego więc egoistyczna aktywność jest tak szeroko komentowana?
Współczuję rodzinie zmarłych. Ale nie bardziej, niż rodzinom wszystkich ludzi, którzy zginęli w wypadkach. Himalaiści nie są dla mnie bohaterami. Po prostu.
środa, 13 lutego 2013
Rok temu
W przeddzień walentynek, kiedy z wystaw sklepowych i kawiarenek wylewają się czerwone serduszka, single pytają - WHAT THE FUCK. Ja też pytam, zwłaszcza, że okolice walentynkowe kojarzą mi się przynajmniej od roku dość średnio.
Rok temu, dokladnie o tej porze, siedziałam w warszawskiej, cudnej restauracji Frida. siedziałam tam na pierwszej randce w ciemno z kimś, kto okazał się bardzo ważny w moim życiu. Na ulicach leżał śnieg, było trochę zimniej niż dzisiaj. Piliśmy kawę, gadaliśmy o wszystkim. Mam w komórce SMS, który przysłał wieczorem po spotkaniu. Prośba o kontynuację.
Kontynuowaliśmy to ponad trzy miesiące, dla mnie to długo. W wielu kwestiach to było emocjonalne otwarcie drzwi w moim życiu...ten etap zakończył się, nie z mojej inicjatywy. Mieliśmy/mamy sporadyczny kontakt. Myślę bardzo często o tym, co było. O słowach, gestach. Mam maile i SMS-y, a minął rok.
Czy żałosna jest nieumiejętność zamykania za sobą drzwi?
Mój kolega miał dziewczynę. Kilka lat mieszkali ze sobą, rozstali się. A wczoraj na Pudelku patrzę, a tam jego była...po kilku miesiącach znajomości wzięła ślub ze znanym aktorem, teraz podobno namawia go na dziecko...czy mój kolega cierpi, gdy to widzi? Czy zamknął już tamten rozdział?
Czy to dziwne, że niczym flashback pojawiają się w głowie sytuacje, jakich doświadczyliśmy z daną osobą?
Wysłałam mu dzisiaj mail. Krótki, co tam słychać, rok temu się poznaliśmy. Tyle. odpisał, bardzo miło...oprócz tego, że od trzech miesięcy mieszka z dziewczyną. Z całego serca życzę mu dobrze, ale wiem, że jemu jest teraz lepiej niż mi. Pod wieloma różnymi względami. Więc boli.
Pozamykać drzwi, zakończyć rozdziały, zaszyć to, co było. ASAP.
Rok temu, dokladnie o tej porze, siedziałam w warszawskiej, cudnej restauracji Frida. siedziałam tam na pierwszej randce w ciemno z kimś, kto okazał się bardzo ważny w moim życiu. Na ulicach leżał śnieg, było trochę zimniej niż dzisiaj. Piliśmy kawę, gadaliśmy o wszystkim. Mam w komórce SMS, który przysłał wieczorem po spotkaniu. Prośba o kontynuację.
Kontynuowaliśmy to ponad trzy miesiące, dla mnie to długo. W wielu kwestiach to było emocjonalne otwarcie drzwi w moim życiu...ten etap zakończył się, nie z mojej inicjatywy. Mieliśmy/mamy sporadyczny kontakt. Myślę bardzo często o tym, co było. O słowach, gestach. Mam maile i SMS-y, a minął rok.
Czy żałosna jest nieumiejętność zamykania za sobą drzwi?
Mój kolega miał dziewczynę. Kilka lat mieszkali ze sobą, rozstali się. A wczoraj na Pudelku patrzę, a tam jego była...po kilku miesiącach znajomości wzięła ślub ze znanym aktorem, teraz podobno namawia go na dziecko...czy mój kolega cierpi, gdy to widzi? Czy zamknął już tamten rozdział?
Czy to dziwne, że niczym flashback pojawiają się w głowie sytuacje, jakich doświadczyliśmy z daną osobą?
Wysłałam mu dzisiaj mail. Krótki, co tam słychać, rok temu się poznaliśmy. Tyle. odpisał, bardzo miło...oprócz tego, że od trzech miesięcy mieszka z dziewczyną. Z całego serca życzę mu dobrze, ale wiem, że jemu jest teraz lepiej niż mi. Pod wieloma różnymi względami. Więc boli.
Pozamykać drzwi, zakończyć rozdziały, zaszyć to, co było. ASAP.
środa, 30 stycznia 2013
Bejbi blues? Rock'n'roll raczej!
Parę dni temu wybrałam się z koleżanką na 'Bejbi blues'. Po seansie zaległa w sali głucha cisza. Powodów, jak sądzę, może być kilka.
Po pierwsze - pogoda jest tak beznadziejna, że ten 'blues' wydaje mi się idealny do opisania właśnie dzisiaj. Po drugie, nie kumam, czemu na plakatach napisane jest 'Bejbi blues', a w kinie na początku filmu - 'Baby blues'. Trochę mi to nie pasuje i wolałabym widzieć tu 'jednolitość tytułową'.
Ale do rzeczy.
Polski film o warszawskich licealistach, borykających się z wieloma problemami, zazwyczaj zbyt trudnymi jak na swój wiek. Szesnastolatka zachodzi w ciążę, bo chce mieć kogoś, kogo będzie kochać bezwarunkowo. Kogo obdarzy uczuciem, jakiego nie otrzymała od własnej matki (interesująca rola Magdaleny Boczarskiej). Ojciec dziecka, maturzysta, ma swój świat - to zioło, kumple i deskorolka. No, jeśli teraz tak wyglądają 'prawie studenci', to nasz kraj zmierza w złym kierunku.
Film jest zbiorem scen pokazujących tragiczną wręcz niemoc młodych ludzi, zagubienie, umęczenie, chaos i bezradność.
Ale widzę też drugie dno, pewną płaszczyznę, którą Katarzyna Rosłaniec zaprezentowała już w 'Galeriankach'. A mianowicie egoizm dzisiejszych nastolatków, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko. W 'Galeriankach' byłą sprzedaż ciała, w 'Bejbi blues' jest jeszcze gorzej, bo gdzieś pomiędzy tymi egoistami jest niemowlak. Ale dziecko nie przeszkadza jarać zioła, wciągnąć krechy czy zrobić loda na zapleczu, byleby otrzymać wymarzoną 'fashion job'.
Pierwszą rzeczą, jaką powiedziałam koleżance po wyjściu z kina było: 'My chyba w liceum nie byłyśmy aż tak głupie?' I pominę to fakt, że nie myślałyśmy o robieniu 'dziecka do kochania'. Przede wszystkim - miałyśmy i mamy jakieś autorytety. Koka na początku liceum nam się nawet nie śniła, podobnie jak wielkie imprezy w opuszczonych kościołach itp itd. Nadal będę podtrzymywać swój sąd, że wychowanie poza miastem, a wychowanie np. w Warszawie jest inne, inny jest dostęp do używek i złych wpływów. Inni bywają też rodzice.
Choć 'Bejbi blues' nie jest filmem wybitnym, to z pewnością warto go zobaczyć. Warto spojrzeć, jak portretują dzisiejszą Polskę artyści. Cisza po seansie mogła być spowodowana dość porażającą końcówką, choć generalnie ten film jest bardzo przytłaczający. Głupota młodzieży i jeszcze większa głupota dorosłych, niestety.
Teraz ostrzę zęby na 'Drogówkę', ale Smarzowski to jest akurat klasa sama w sobie:)
Smutna jest ta rzeczywistość, smutni są młodzi ludzie, których zupełnie nikt nie nauczył, jak żyć.
Po pierwsze - pogoda jest tak beznadziejna, że ten 'blues' wydaje mi się idealny do opisania właśnie dzisiaj. Po drugie, nie kumam, czemu na plakatach napisane jest 'Bejbi blues', a w kinie na początku filmu - 'Baby blues'. Trochę mi to nie pasuje i wolałabym widzieć tu 'jednolitość tytułową'.
Ale do rzeczy.
Polski film o warszawskich licealistach, borykających się z wieloma problemami, zazwyczaj zbyt trudnymi jak na swój wiek. Szesnastolatka zachodzi w ciążę, bo chce mieć kogoś, kogo będzie kochać bezwarunkowo. Kogo obdarzy uczuciem, jakiego nie otrzymała od własnej matki (interesująca rola Magdaleny Boczarskiej). Ojciec dziecka, maturzysta, ma swój świat - to zioło, kumple i deskorolka. No, jeśli teraz tak wyglądają 'prawie studenci', to nasz kraj zmierza w złym kierunku.
Film jest zbiorem scen pokazujących tragiczną wręcz niemoc młodych ludzi, zagubienie, umęczenie, chaos i bezradność.
Ale widzę też drugie dno, pewną płaszczyznę, którą Katarzyna Rosłaniec zaprezentowała już w 'Galeriankach'. A mianowicie egoizm dzisiejszych nastolatków, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko. W 'Galeriankach' byłą sprzedaż ciała, w 'Bejbi blues' jest jeszcze gorzej, bo gdzieś pomiędzy tymi egoistami jest niemowlak. Ale dziecko nie przeszkadza jarać zioła, wciągnąć krechy czy zrobić loda na zapleczu, byleby otrzymać wymarzoną 'fashion job'.
Pierwszą rzeczą, jaką powiedziałam koleżance po wyjściu z kina było: 'My chyba w liceum nie byłyśmy aż tak głupie?' I pominę to fakt, że nie myślałyśmy o robieniu 'dziecka do kochania'. Przede wszystkim - miałyśmy i mamy jakieś autorytety. Koka na początku liceum nam się nawet nie śniła, podobnie jak wielkie imprezy w opuszczonych kościołach itp itd. Nadal będę podtrzymywać swój sąd, że wychowanie poza miastem, a wychowanie np. w Warszawie jest inne, inny jest dostęp do używek i złych wpływów. Inni bywają też rodzice.
Choć 'Bejbi blues' nie jest filmem wybitnym, to z pewnością warto go zobaczyć. Warto spojrzeć, jak portretują dzisiejszą Polskę artyści. Cisza po seansie mogła być spowodowana dość porażającą końcówką, choć generalnie ten film jest bardzo przytłaczający. Głupota młodzieży i jeszcze większa głupota dorosłych, niestety.
Teraz ostrzę zęby na 'Drogówkę', ale Smarzowski to jest akurat klasa sama w sobie:)
Smutna jest ta rzeczywistość, smutni są młodzi ludzie, których zupełnie nikt nie nauczył, jak żyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)







