sobota, 15 września 2012

Stare/Nowe

Teraźniejszości (według mnie) nie da się oddzielić od przeszłości i przyszłości. Obecny moment i nasze aktualne działania są wypadkową tego, co przeżyliśmy i tego, czego oczekujemy od przyszłości.

Ten wpis miał być przede wszystkim o tym, co dzieje się TERAZ i co ma się dziać. Tymczasem życie jak zwykle napisało swój własny scenariusz i 15. września okazał się być mocno osadzony w przeszłości:)
Ale zacznę od najważniejszego - nowej pracy! Pożegnałam tydzień temu Grzesia i Przystanek Kolejowa Były prezenty - ja dostałam m.in. wiele mówiącą książkę 'Jak to zrobić w kuchni?' :) Uprzedzę, to nie kuchenna kamasutra, tylko absolutnie fantastyczny poradnik, który ukazuje wszystkie kulinarne niuanse. Polecam! Grzesiowi dałam kubek Master Chefa i jego ukochaną sypaną kawusię :D
Było pięknie, ale przyszedł moment na kolejny etap.

Teraz moim miejscem jest Verona Products Professional. OK, kocham kosmetyki i w TE kosmetyki wierzę. Z przyjemnością zajmuję się marketingiem w tej firmie. Nie chcę tu robić jakiejś nachalnej reklamy czy czegoś tendencyjnego w tym stylu. Chodzi o to, że nie ukrywam ekscytacji nową pracą i jestem dumna z tego, że firma nie dość, że mieści się poza Warszawą, to jeszcze jest nasza, polska. A potrafi eksportować kosmetyki dobrej jakości do ponad 60 krajów! To jest super.
Poza tym atmosfera jest fajna i wszędzie leżą kosmetyki, co niewątpliwie stanowi wartość dodaną tej pracy:D
Trzymajcie za mnie kciuki!

Po pierwszym tygodniu w pracy, który zleciał niesamowicie szybko, przyszedł czas na weekend. Weekend, jak się okazuje, osadzony w przeszłości dalszej i bliższej. Wczoraj oglądałam 'Mrocznego Rycerza'. Tak to jest, jak już mówiłam, że teraźniejszość to puzzle przeszości. Patrzyłam na poszczególne sceny, a w głowie przewijały mi się niczym slajdy momenty, gdy oglądałam ten film (pierwszy raz) z Pewną Ważną Osobą. Od razu przypomniało mi się, jak przez cały film powtarzał: 'Ale ta Maggie Gyllenhaal jest paskudna!' Mocno się spieraliśmy w tej kwestii;) Wszystko to jakoś do mnie wczoraj powróciło. Bardzo spontanicznie napisałam do niego mail, taki zwykły, co słychać itd. Wyobraźcie sobie, że dziś zadzwonił...to był nasz pierwszy kontakt od majowego rozstania. Bardzo miło nam się rozmawiało. Jest w nowym związku.
Hmmm, coś o nim jeszcze niedługo napiszę, zrobię mu reklamę, bo on robi dobre rzeczy. Ale to w swoim czasie:))

Ten telefon był dość poruszający, przywrócił na chwilę przeszłość do tego 15. września...ale godzinę później odezwała się kolejna Ważna Osoba. Też przywołała to i owo;) Jakieś dwa tygodnie temu, spędzając w rodzinnym domu pierwszą noc po przeprowadzce, wpadłam w niewiarygodny dół. Pewnie też czasem tak się czuliście...coś Was gniotło, nie pozwalało spać spokojnie. Jakiś zawód, żal, wściekłość, smutek, nie bardzo wiadomo, co jeszcze. Siedząc przed moim netbookiem, zdecydowałam się napisać dłuugi mail do mężczyzny, z którym złapałam fantastyczny kontakt przed ostatnie dwa lata. To niebywała osoba. Wolny duch, optymista, obieżyświat. Wiele osób z pewnością może nazwać go 'lekkoduchem', mało ustabilizowaną jednostką, itp., itd....a według mnie On ma w sobie tak wiele życiowej mądrości w stosunku do młodego wieku...i prawdopodobnie lepiej kieruje swoim życiem niż zamknięte w kieracie warszawskie lemingi
Genialnie pożegnaliśmy się przed moim wyjazdem z Warszawy, spędzając klubową noc, po której naciągnięty mięsień nogi boli mnie do tej pory!:)
Czasem tak bywa, że są między ludźmi pozytywne emocje, jakieś dobre fluidy, ale nie wychodzi z tego nic więcej. Kiedy się żegnaliśmy, mogło się coś więcej pojawić. Ale się nie pojawiło. Człowiek potem żałuje, albo i nie, rozkminia, co mógł zrobić inaczej, czego nie zrobił przez swoje tchórzostwo itd...no i napisałam do Niego. Wszyscy za to ganią, jest zasada: Piłeś - nie pisz. Ja nie piłam, ale zjazd był podobny:D Napisałam i przez dwa tygodnie raczyłam się ciszą, sądząc, że nici z jakiegokolwiek kontaktu między nami.
A tu patrzcie, odezwał się dzisiaj. Ważna Osoba napisała, że generalnie warto być szczerym w tym, co się robi, czuje, i nie można się tego wstydzić. Przyznam, pokrzepiające. Przynajmniej mogę mniej żałować moich wypocin-)) Albo nie żałować ich wcale!

Dziwny czas. Cały tydzień projektów, parcia do przodu. Wiecie...rozwój, przyszłość, możliwości. A tu weekend pod znakiem: 'Powrót do przeszłości'. Widocznie tak musi być, że w przyrodzie występuje balans. Że pomiędzy tym, co stare, a tym, co nowe, jest równowaga. Że w teraźniejszości musimy przyjmować na swoje barki zarówno to, co tworzyło nas w dalszej i bliższej przeszłości, jak i to, co chcemy robić dalej. Każdego dnia.

poniedziałek, 3 września 2012

Time to say goodbye

Dziś zamknęłam pewien ważny rozdział w moim życiu. Przyznam, że czuję się z tym bardzo dziwnie. Ale to chyba jednocześnie normalne, że diametralne zmiany usuwają trochę grunt pod nogami. Mam nadzieję, że ogarnięcie przyjdzie wkrótce;-)

Zmieniłam dziś miejsce zamieszkania. Niestety, nie z wyboru, a raczej w wyniku zbiegu pewnych decyzji i okoliczności...po prostu stało się. Po 3,5 roku mieszkania na warszawskich Włochach nadszedł czas na zmiany. Czuję, że w pewnym sensie stało się dobrze, że oddech potrzebny jest i mi, i moim Kochanym Współlokatorom. Niemniej jednak żal pozostaje. I tej nocy zwłaszcza - będzie mi towarzyszyć.


Pokochałam Włochy. To piękna, spokojna dzielnica. Staw Koziorożca, Park Kombatantów z olbrzymimi drzewami, latające nad głowami samoloty, które kocham...i tylko 12 minut do centrum SKM albo Kolejami Mazowieckimi:) Same plusy!
Przypominają mi się różne sceny...spanie z Przyjaciółką na materacu, gdy w styczniu parę lat wstecz się przeprowadzałyśmy. Mieszkanie było jeszcze puste, echo niosło każde nasze słowo...
Wino pite na balkonie w czerwcowe noce. I ta pamiętna Żubrówka przegryzana arbuzem, której wspomnienie na miękkich kolanach prowadziło nas do klubu, gdzie Basia poznała przyszłego męża:)

I ostatni rok - z mężem, z małym Frankiem...Fajnie było, po prostu fajnie. Robienie pizzy o pierwszej w nocy, moje naleśnikowe maratony, wypady do Factory, oglądanie horrorów:)

Pozostają wspomnienia - bardzo różne, bo przecież życie nie jest idealne, ale przede wszystkim to pozytywne emocje. Ostatni weekend był cudowny. Imprezy, pożegnania przy drinku, upominki i naciągnięte mięśnie w nodze - było warto tak żyć przez ponad trzy lata, by teraz móc się w TAKI sposób żegnać:)



Teraz z ogromnym jakimś smutkiem o tym myślę, jestem niespokojna i rozdarta. Zwłaszcza, że bardzo mocno przywiązuję się do miejsc, do murów, do rzeczy (nie mylić z byciem materialistką).
Trzeba będzie po kolei, krok po kroku, układać wszystko od nowa. Liczę na to, że obecna sytuacja jest przejściowa, choć tak naprawdę ciągle zastanawiam się, gdzie chciałabym żyć...Ziemia jest przecież taka ogromna;-) A ja ciągle chcę wierzyć, że najważniejsze wybory dopiero przede mną!

A na koniec - sprawdziłam dopiero dziś swój kupon z sobotniego losowania Dużego Lotka. Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską...miałam prawie piątkę:D To znaczy - miałam dwójkę, a trzy cyfry miałam każdą o jeden mniejszą niż te wylosowane;)
No i jak żyć panie premierze, jak żyć?!  ;)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Ognisko pod mostem

Zaczyna się jak zwykle - niewinnie. Ktoś zaprószy ogień, ktoś zostawi zapałki w dostępnym miejscu. I nagle okazuje się, że punktów zapalnych jest tak wiele.

Najgorszy jest wybuch wtedy, gdy zbliża się rozstanie. Mam tu na myśli rozstania różnorakie - zawodowe, przyjacielskie, związkowe. Każdemu z Was zdarzyło się zapewne doświadczyć na własnej skórze siły 'wygarnięcia' pretensji i żali właśnie w momencie, gdy coś zbliżało się do końca.


Ja należę do tego gatunku, który nie lubi palić mostów. Rozstawać się w złych emocjach. Gdy widzę dym, próbuję go za wszelką cenę ugasić. Za wszelką cenę. Coraz częściej zastanawiam się jednak, czy przydeptywanie niedopałków nie jest gorszym wyjściem z sytuacji? Ja chciałabym wszystko kończyć w dobrej atmosferze, wykazywać dobrą wolę, zrozumienie, tolerancję...brzmi jakoś zbyt idealnie. Może to utopijne myślenie? Myślenie - że tak się da? Przekonuję się ostatnio, że to niezwykle karkołomne przedsięwzięcie... Ludzie są różni, nie wszyscy lubią zagłaskiwanie na śmierć, ale jednocześnie prawdzie w oczy też patrzą tylko nieliczni. Stanięcie twarzą w twarz z czyjąś niepochlebną opinią, z wyrzutami, z odrobiną krytyki - nie jest proste.

Często stawiam sobie pytanie, czy większym dowodem uczucia, przyjaźni i lojalności jest zaciskanie zębów i proszenie o zgodę, czy może jednak wykładanie racji 'kawa na ławę'. Ciekawa jestem, jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii, jak Wy się zachowujecie w takich kryzysowych momentach?

Krytykę przyjmuję, ale rzadko odwzajemniam się tym samym. Jakoś trudno mi to przychodzi w stosunku do bliskich mi osób. Jednak zatrzymywanie ich za wszelką cenę kosztem szczerej (niekoniecznie miłej) rozmowy też wydaje się nie mieć sensu. Przecież na dobrą sprawę to taka rozmowa, właśnie pod tym mostem (choćby miał się on zaraz zawalić) może okazać się zbawienna.

Ale do tego trzeba ciągle uczyć się siły. Prowadzenia dyskusji, która nie rani, a edukuje poprzez uświadamianie popełnianych błędów.

piątek, 17 sierpnia 2012

Blood on the Tomba's dancefloor

Piąteczek, jak to piąteczek - rozpoczyna imprezowy czas w stolicy (choć niektóre parkiety rozgrzewane są już od środy). Jako że mamy lato i zaczyna się weekend - dziś parę słów o podejściu do klabingu (straszne słowo, ale niech będzie).

Za jakąś wielką klubowiczkę się nie uważam, choć parę miejsc odwiedziłam, w kilku byłam przez dłuższy czas po dwa razy w tygodniu co tydzień. Nigdy nie ciągnęło mnie do klubów studenckich typu Hybrydy. Po pierwsze - studenci, po drugie - rozcieńczane browary, po trzecie - muzyka.

Mnie ukształtował muzycznie nieistniejący już klub Tomba-Tomba, do którego drzwi otworzyła mi na pierwszym roku studiów pewna dobra duszyczka;)) Tam było mrocznie (ale bezpiecznie), duszno, muzycznie. I absynt byl chyba za piątaka, z tego, co pamiętam. Pyszny minimal, różne odmiany house, techno, i innych gatunków muzyki elektronicznej. Tam poznałam mojego ulubieńca - DJ-a Schimka.


Mimo że ten klub stanowił swoistą zamkniętą enklawę, to nie spotkałam się tam z jakąkolwiek rozróbą, brakiem uśmiechu itp. Nie potrzeba goryli, potrzeba ludzi, którzy chcą się oddać zabawie i dobrej muzyce.

Sporo też bywałam w Toro - i choć tam muzyka to raczej listy przebojów, to atmosfera jest tak spontaniczna i wesoła, że od czasu do czasu taki reset się przydaje.

Spoko był też Vinyl, w Discrete też grał Schimek, pamietam, to była dobra impreza.

Ale Tomba była Królową.

Przeciwwagą dla klubów typu TT, 1500, M25, Le Madame itp. jest cała strona lansiarska wyjęta z ul. Mazowieckiej, z Maski, Platinium, nieistniejącego Cynamonu...ja kocham szpilki i sukienki, i one bardziej pasują do tamtych miejsc. Ale niestety, dobrego elektronicznego uderzenia tam raczej nie ma. A przebijanie się z metkami Lacoste, Tommy'ego i Ralpha też już jest średnio zabawne.

Miło jest czasem odwiedzić kluby tematyczne, takie jak 70' czy Dekadę i pobawić się przy starszych rytmach. DeLite wśród tych 'lepszych' też daje radę, bo nie nadęło się jeszcze tak jak choćby 'Rich&Pretty' (co za nazwa!).

Niemniej jednak są takie czasy, które trudno już przywrócić. Leon daVinci, DJ grający piękne sety w Tombie, napisał ostatnio na FB, że niedługo ruszy nowe miejsce na Starówce, które klimatem i muzyką ma przywrócić ukochaną Tombę. Trzymam mocno kciuki za powodzenie projektu! Będę regularnie szurać na tamtejszym parkiecie!

A chce się, oj, chce! W poprzednią sobotę wybrałam się z kolegą do Luzzter. Czasy tombowe się przypomniały. Te chwile, gdy z duchoty i zmęczenia mało co nie opadasz z sił, ale jednak muzyka Cię niesie, falujący tłum Cię niesie, i choćby nie wiem co - nie zejdziesz z parkietu. Oczywiście, miliśmy wyjść ok. 6, wyszliśmy po 8:) Jak to napisał Szczygielski w Berku - wyszliśmy na zalane słońcem Rondo de Gaulle'a, ludzie szli do kościoła albo na spacer - a dla nas ciagle było wczoraj.

Uwielbiam takie noce, wyznaczane przez światła, rytm i ruch. Spisał się DJ Deas. Polecam jego muzę!

Oby jak najwięcej takich muzycznie dobrych miejsc powstawało. Takich, gdzie muzyka i klimat grają pierwsze skrzypce. Bo inaczej to nam tylko 55, 1500, Lu i Mono zostanie. Jak ktoś ma jakieś fajne, niewymienione tu miejscówki, niech pisze. Pójdziemy, posłuchamy;-))

niedziela, 5 sierpnia 2012

Kobiecy/męski czyli rozważania nie tylko olimpijskie

Codziennie uważnie śledzę wyczyny olimpijczyków. Refleksje, jakie temu towarzyszą, nie dotyczą tylko stricte sportowych kwestii. Uderza mnie specyfika sportowców, ich męskość i kobiecość, co przekłada się na szersze rozważania o współczesnym zacieraniu granic między płciami.

Patrzę na różne dyscypliny - pływanie, podnoszenie ciężarów, rzut kulą/młotem, czy nawet gimnastykę artystyczną i, o zgrozo - zaczynam dochodzić do wniosku, że sport wyczynowy nie jest dla kobiet. Przynajmniej nie każdy...
Pływaczki jak cyborgi, gimnastyczki z mięśniami jak u facetów.
Przytoczę fragment rozmowy przeprowadzonej ostatnio z dobrym kolegą, który wyraził chyba opinię większości facetów:
On: A kulturystki są już TRAGICZNE. Trzeba być masochistą, żeby się z taką związać...i pójść do łóżka.
Ja: Wiesz co, albo cenić charakter i samemu być kulturystą:)
On: Ale to tak jakbyś poszła ze sobą do łóżka...tylko w wersji slim:P

No właśnie. Próbuję dojść do tego, co powoduje kobietami, które poświęcają swoje życie czemuś takiemu, jak przerzucanie ogromnych ciężarów, deformując przy tym swoją sylwetkę...wiadomo, mężczyźni także mają przerost niektórych mięśni (wystarczy spojrzeć na uda kolarzy...), ale u nich to tak bardzo nie razi. A kobiety są po prostu zdeformowane.

Odczuwam w sobie pewien rozdźwięk w tej materii. Z jednej strony na studiach mocno zgłębiałam kwestie genderowe i buntuję się przeciw stereotypowym podejściom do kwestii płci. Jednak czuję, że odnoszę to bardziej do społeczno-kulturowych uwarunkowań (w stylu facet nie powinien gotować i sprzątać, a kobieta używać wiertarki i zarabiać tyle samo co koleś). Bardzo proste to przykłady, ale chodzi mi po prostu o takie rozsądne równouprawnienie i zarzucenie silnych, patriarchalnych podziałów.

Rozdźwięk pojawia się w kwestii wizualnej.
Choć uwielbiam zabawę wyglądem i świat drag-queens, drag-kings, trans itp itd nie jest mi obcy, to jednak mam poczucie, takie bardzo prywatne, osobiste...że moja kobiecość wizualna pozostaje jedną z niewielu cech dystynktywnych, że między innymi poprzez to archetypiczne spojrzenie na męskość i kobiecość, zapobiegam włażeniu idei unisex w mój świat.

Wszystko się zaciera. Sportsmenki wyglądają jak faceci, model Adrei Pejić jak kobieta (dowody poniżej):

Jest to interesujące, choć unifikacja płci jest równie intrygująca, co przerażająca. Mam jednak zasadę - uznaję preferencje innych, i nawet jeśli pływaczki uważam za zdeformowane, dresiary za niekobiece, a niektórych modeli za mało męskich, to jeżeli im taka wizualność sprawia przyjemność bądź nie jest problemem - OK, żyjcie, jak chcecie.
Ja mogę mówić tylko za siebie. Moje piersi, biodra, nadgarstki. Są inne niż u mężczyzn, są kobiece. Długie włosy, szpilki, sukienki, makijaż, biżuteria. My, kobiety, mamy tyle atrybutów, tyle sensualności i wewnętrznego piękna, które warto tylko uwypuklać! To taki mój mały apel.:)

I żeby nie było - lubię sport - dla zdrowia, dobrej sylwetki i samopoczucia. Ale nigdy nie pozwolę, by ćwiczenia upodobniły mnie do mężczyzny.
Poniżej mały test, niech każdy sam rozważy, czy lepsze jest podkreślanie różnic, czy unisex:) Co ja wybieram - już wiecie;-)


sobota, 28 lipca 2012

Sponsoring, związki i 'winny' Chyra

Praca w kuchni wre, Warszawiacy głodni, dlatego piszę ostatnio trochę rzadziej. Ale wczorajszy wieczór stanowi poważny pretekst do nowego wpisu:)

Kupiłam za całe 29,99 z gazetką, której nazwy nie wymienię, film 'Sponsoring' Małgośki 'już chyba nie Małgorzaty' Szumowskiej. Miałam się na niego wybrać na fali tych wszystkich dobrych filmów w sezonie globowo - oscarowym, ale przegrał z konkurencją i moim ograniczonym czasem wolnym.
Zasiadłam wieczorem z moją Przyjaciółką Barbarą i oddałyśmy się seansowi.



Co do samego filmu - bardzo fajny, choć podrążyłabym temat jeszcze głębiej. Sceny seksu odważne, ale bez przesady. Żałuję, że mój ukochany Chyra zagrał tak małą rolę, ale za to, ekhm...wyrazistą;-)
Joanna Kulig ma niesamowite piersi, to jeden z bardziej szokujących elementów filmu... Juliette Binoche wygląda znakomicie, jak na kobietę przed pięćdziesiątką. Anais Demoustier ma w sobie taki urok, flirciarską subtelność...świetnie by pasowała do filmu 'Basen' Francois Ozona, choć tam Ludivine Sagnier też odwaliła kawał dobrej roboty. Ale typ kobiety bardzo podobny.

Cóż, kwestia jest paląca. I pali socjologów, dziennikarzy, psychologów od paru lat. Pamiętam dobrze, jak kilka lat temu pracowałam w Złotych Tarasach i wypłynął temat 'Galerianek' Katarzyny Rosłaniec.Sporo się takich panienek kręciło w centrach handlowych. I kręci nadal.

Film 'Sponsoring' traktuje o starszych dziewczynach, studentkach, które umawiają się przez telefon ze 'znudzonymi mężami'. One nie stoją w galerii i nie proszą o kupienie dżinsów. Żyją na poziomie, opowiadają o zadbanych, majętnych kolesiach i o fantastycznym seksie (może poza seksem z Chyrą, który lubi gwałcić butelką wina).
Jakoś mnie to wszystko specjalnie nie gorszy, bo uważam, że każdy ma swoje sumienie i dokonuje zgodnie z nim wyborów. W trudnej sytuacji jest większość studentów - jedni na to idą, inni nie. Szukam przyczyny...wiadomo, jest popyt, jest podaż. Sądzę, że tu jednak jest kwestia facetów, i to od zarania dziejów. Prostytucja najstarszym zawodem świata? No cóż, w patriarchalnych społeczeństwach kobiety pozbawione praw, wykształcenia, służące jedynie jako przedmioty ozdobne, miały swoje ciało za jedyną wartość, którą można sprzedać. A mężczyźni nie odmawiali...dużo z tego zostało...

Myślę o tych znudzonych mężach. Faceci koło czterdziestki - pięćdziesiątki, którym przewraca się w dupach, którzy od takich dziewczyn dostają to, czego żona im nie daje...Tu uważam, że przyzwoity facet trzyma penisa na uwięzi, bo jest człowiekiem, a nie psem. Zdrada to zdrada, na każdym polu trudna do przełknięcia. Ale dojście do tej zdrady to proces, za który odpowiedzialni są oboje - kobieta i mężczyzna.

Powiem Wam szczerze, że może mam jakieś nietypowe podejście w tej kwestii, ale uważam, że w gestii kobiety jest tak zadowalać mężczyznę, żeby nie szukał przygód na boku, a mężczyzna niech będzie takim kochankiem, by kobieta nie musiała oglądać setny raz z miną mopsa '9 i pół tygodnia'. Albo żeby nie poszła w tango. Sądzę, że gdy pojawia się tego rodzaju dbałość, ciągła praca, wysiłek i odpowiednia, satysfakcjonująca aktywność w sferze fizycznej i emocjonalnej - przygody, szczególnie za kasę, są zbędne.

piątek, 20 lipca 2012

Smaki, zapachy

Po paru dniach ciszy na blogu (uzasadnionej, o czym zaraz na piszę), wreszcie mam chwilę czasu, by podzielić się z Wami nowościami z życia JustIn.

Za brak wpisów w tym tygodniu odpowiedzialny jest mój kochany kolega! ;) Facet, o którym była mowa w jednym z poprzednich postów. To ten, który zmienił branżę i poświęcił się gotowaniu. Słuchajcie, a raczej czytajcie - mam przyjemność wspierać Go w tych kulinarnych działaniach!
Coś cudownego...

Zajęcie jest oczywiście dość cieżkie fizycznie, bo trzeba ogarniać dużo rzeczy jednocześnie, kroić, smażyć, zmywać, podawać, nosić itp itd. Po całym dniu kręgosłup i nogi wysiadają, ALE! Jest satysfakcja, i to ogromna. Zwłaszcza w tym momencie potrzeba mi silnej motywacji, którą daje mi gotowanie. Przede wszystkim - ludzie mają teraz tak poustawiane życie, że wszystko robią z nastawieniem 'że to daje perspektywy'. Czyli działają licząc na efekty w przyszłości, niekoniecznie lubiąc to, czym się zajmują. A to studia, bo będzie otem praca, a to praca, bo kiedyś będzie można wziać kredyt, itd.

A mi w tej pracy podoba się to, co zawsze mnie w gotowaniu dla innych kręciło - natychmiastowy efekt. Puste talerze zwrotne i komplementy 'bo te placuszki cukiniowe to niebo w gębie' :) Miło to słyszeć i miło sprawiać przyjemność innym.


Są tacy klienci, którzy przychodzą codziennie. Im się doradza szczególnie, proponuje, choć naprawdę dbamy o wszystkich. Staram się czymś ludzi zaskoczyć, coś dodać, uatrakcyjnić potrawy. Wtedy mam pewność, że oni wrócą. Że nawiązuje się więź. Kolega strateg wspomniałby tu o marketingowym pojęciu lojalności. I tak właśnie! Dążę do tego, by ludzie, którym gotujemy, chcieli jeść tylko to, co mamy im do zaoferowania, a nie wybierali zupki w proszku w jakiejś budzie.

Plus to także praca z kolegą, który jest absolutnie pozytywnie zakręcony na punkcie pichcenia, lubuje się w aromatach, smakach, konsystencjach. Nie ma dwóch takich samych potraw. To tęcza barw, różnorodności, moc kreatywnych działań. Przyjemnie jest pracować w atmosferze prawdziwej pasji:) Tego Wam życzę, niezależnie od branży, w której działacie!