Zaczyna się jak zwykle - niewinnie. Ktoś zaprószy ogień, ktoś zostawi zapałki w dostępnym miejscu. I nagle okazuje się, że punktów zapalnych jest tak wiele.
Najgorszy jest wybuch wtedy, gdy zbliża się rozstanie. Mam tu na myśli rozstania różnorakie - zawodowe, przyjacielskie, związkowe. Każdemu z Was zdarzyło się zapewne doświadczyć na własnej skórze siły 'wygarnięcia' pretensji i żali właśnie w momencie, gdy coś zbliżało się do końca.
Ja należę do tego gatunku, który nie lubi palić mostów. Rozstawać się w złych emocjach. Gdy widzę dym, próbuję go za wszelką cenę ugasić. Za wszelką cenę. Coraz częściej zastanawiam się jednak, czy przydeptywanie niedopałków nie jest gorszym wyjściem z sytuacji? Ja chciałabym wszystko kończyć w dobrej atmosferze, wykazywać dobrą wolę, zrozumienie, tolerancję...brzmi jakoś zbyt idealnie. Może to utopijne myślenie? Myślenie - że tak się da? Przekonuję się ostatnio, że to niezwykle karkołomne przedsięwzięcie... Ludzie są różni, nie wszyscy lubią zagłaskiwanie na śmierć, ale jednocześnie prawdzie w oczy też patrzą tylko nieliczni. Stanięcie twarzą w twarz z czyjąś niepochlebną opinią, z wyrzutami, z odrobiną krytyki - nie jest proste.
Często stawiam sobie pytanie, czy większym dowodem uczucia, przyjaźni i lojalności jest zaciskanie zębów i proszenie o zgodę, czy może jednak wykładanie racji 'kawa na ławę'. Ciekawa jestem, jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii, jak Wy się zachowujecie w takich kryzysowych momentach?
Krytykę przyjmuję, ale rzadko odwzajemniam się tym samym. Jakoś trudno mi to przychodzi w stosunku do bliskich mi osób. Jednak zatrzymywanie ich za wszelką cenę kosztem szczerej (niekoniecznie miłej) rozmowy też wydaje się nie mieć sensu. Przecież na dobrą sprawę to taka rozmowa, właśnie pod tym mostem (choćby miał się on zaraz zawalić) może okazać się zbawienna.
Ale do tego trzeba ciągle uczyć się siły. Prowadzenia dyskusji, która nie rani, a edukuje poprzez uświadamianie popełnianych błędów.
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
piątek, 17 sierpnia 2012
Blood on the Tomba's dancefloor
Piąteczek, jak to piąteczek - rozpoczyna imprezowy czas w stolicy (choć niektóre parkiety rozgrzewane są już od środy). Jako że mamy lato i zaczyna się weekend - dziś parę słów o podejściu do klabingu (straszne słowo, ale niech będzie).
Za jakąś wielką klubowiczkę się nie uważam, choć parę miejsc odwiedziłam, w kilku byłam przez dłuższy czas po dwa razy w tygodniu co tydzień. Nigdy nie ciągnęło mnie do klubów studenckich typu Hybrydy. Po pierwsze - studenci, po drugie - rozcieńczane browary, po trzecie - muzyka.
Mnie ukształtował muzycznie nieistniejący już klub Tomba-Tomba, do którego drzwi otworzyła mi na pierwszym roku studiów pewna dobra duszyczka;)) Tam było mrocznie (ale bezpiecznie), duszno, muzycznie. I absynt byl chyba za piątaka, z tego, co pamiętam. Pyszny minimal, różne odmiany house, techno, i innych gatunków muzyki elektronicznej. Tam poznałam mojego ulubieńca - DJ-a Schimka.
Mimo że ten klub stanowił swoistą zamkniętą enklawę, to nie spotkałam się tam z jakąkolwiek rozróbą, brakiem uśmiechu itp. Nie potrzeba goryli, potrzeba ludzi, którzy chcą się oddać zabawie i dobrej muzyce.
Sporo też bywałam w Toro - i choć tam muzyka to raczej listy przebojów, to atmosfera jest tak spontaniczna i wesoła, że od czasu do czasu taki reset się przydaje.
Spoko był też Vinyl, w Discrete też grał Schimek, pamietam, to była dobra impreza.
Ale Tomba była Królową.
Przeciwwagą dla klubów typu TT, 1500, M25, Le Madame itp. jest cała strona lansiarska wyjęta z ul. Mazowieckiej, z Maski, Platinium, nieistniejącego Cynamonu...ja kocham szpilki i sukienki, i one bardziej pasują do tamtych miejsc. Ale niestety, dobrego elektronicznego uderzenia tam raczej nie ma. A przebijanie się z metkami Lacoste, Tommy'ego i Ralpha też już jest średnio zabawne.
Miło jest czasem odwiedzić kluby tematyczne, takie jak 70' czy Dekadę i pobawić się przy starszych rytmach. DeLite wśród tych 'lepszych' też daje radę, bo nie nadęło się jeszcze tak jak choćby 'Rich&Pretty' (co za nazwa!).
Niemniej jednak są takie czasy, które trudno już przywrócić. Leon daVinci, DJ grający piękne sety w Tombie, napisał ostatnio na FB, że niedługo ruszy nowe miejsce na Starówce, które klimatem i muzyką ma przywrócić ukochaną Tombę. Trzymam mocno kciuki za powodzenie projektu! Będę regularnie szurać na tamtejszym parkiecie!
A chce się, oj, chce! W poprzednią sobotę wybrałam się z kolegą do Luzzter. Czasy tombowe się przypomniały. Te chwile, gdy z duchoty i zmęczenia mało co nie opadasz z sił, ale jednak muzyka Cię niesie, falujący tłum Cię niesie, i choćby nie wiem co - nie zejdziesz z parkietu. Oczywiście, miliśmy wyjść ok. 6, wyszliśmy po 8:) Jak to napisał Szczygielski w Berku - wyszliśmy na zalane słońcem Rondo de Gaulle'a, ludzie szli do kościoła albo na spacer - a dla nas ciagle było wczoraj.
Uwielbiam takie noce, wyznaczane przez światła, rytm i ruch. Spisał się DJ Deas. Polecam jego muzę!
Oby jak najwięcej takich muzycznie dobrych miejsc powstawało. Takich, gdzie muzyka i klimat grają pierwsze skrzypce. Bo inaczej to nam tylko 55, 1500, Lu i Mono zostanie. Jak ktoś ma jakieś fajne, niewymienione tu miejscówki, niech pisze. Pójdziemy, posłuchamy;-))
Za jakąś wielką klubowiczkę się nie uważam, choć parę miejsc odwiedziłam, w kilku byłam przez dłuższy czas po dwa razy w tygodniu co tydzień. Nigdy nie ciągnęło mnie do klubów studenckich typu Hybrydy. Po pierwsze - studenci, po drugie - rozcieńczane browary, po trzecie - muzyka.
Mnie ukształtował muzycznie nieistniejący już klub Tomba-Tomba, do którego drzwi otworzyła mi na pierwszym roku studiów pewna dobra duszyczka;)) Tam było mrocznie (ale bezpiecznie), duszno, muzycznie. I absynt byl chyba za piątaka, z tego, co pamiętam. Pyszny minimal, różne odmiany house, techno, i innych gatunków muzyki elektronicznej. Tam poznałam mojego ulubieńca - DJ-a Schimka.
Mimo że ten klub stanowił swoistą zamkniętą enklawę, to nie spotkałam się tam z jakąkolwiek rozróbą, brakiem uśmiechu itp. Nie potrzeba goryli, potrzeba ludzi, którzy chcą się oddać zabawie i dobrej muzyce.
Sporo też bywałam w Toro - i choć tam muzyka to raczej listy przebojów, to atmosfera jest tak spontaniczna i wesoła, że od czasu do czasu taki reset się przydaje.
Spoko był też Vinyl, w Discrete też grał Schimek, pamietam, to była dobra impreza.
Ale Tomba była Królową.
Przeciwwagą dla klubów typu TT, 1500, M25, Le Madame itp. jest cała strona lansiarska wyjęta z ul. Mazowieckiej, z Maski, Platinium, nieistniejącego Cynamonu...ja kocham szpilki i sukienki, i one bardziej pasują do tamtych miejsc. Ale niestety, dobrego elektronicznego uderzenia tam raczej nie ma. A przebijanie się z metkami Lacoste, Tommy'ego i Ralpha też już jest średnio zabawne.
Miło jest czasem odwiedzić kluby tematyczne, takie jak 70' czy Dekadę i pobawić się przy starszych rytmach. DeLite wśród tych 'lepszych' też daje radę, bo nie nadęło się jeszcze tak jak choćby 'Rich&Pretty' (co za nazwa!).
Niemniej jednak są takie czasy, które trudno już przywrócić. Leon daVinci, DJ grający piękne sety w Tombie, napisał ostatnio na FB, że niedługo ruszy nowe miejsce na Starówce, które klimatem i muzyką ma przywrócić ukochaną Tombę. Trzymam mocno kciuki za powodzenie projektu! Będę regularnie szurać na tamtejszym parkiecie!
A chce się, oj, chce! W poprzednią sobotę wybrałam się z kolegą do Luzzter. Czasy tombowe się przypomniały. Te chwile, gdy z duchoty i zmęczenia mało co nie opadasz z sił, ale jednak muzyka Cię niesie, falujący tłum Cię niesie, i choćby nie wiem co - nie zejdziesz z parkietu. Oczywiście, miliśmy wyjść ok. 6, wyszliśmy po 8:) Jak to napisał Szczygielski w Berku - wyszliśmy na zalane słońcem Rondo de Gaulle'a, ludzie szli do kościoła albo na spacer - a dla nas ciagle było wczoraj.
Uwielbiam takie noce, wyznaczane przez światła, rytm i ruch. Spisał się DJ Deas. Polecam jego muzę!
Oby jak najwięcej takich muzycznie dobrych miejsc powstawało. Takich, gdzie muzyka i klimat grają pierwsze skrzypce. Bo inaczej to nam tylko 55, 1500, Lu i Mono zostanie. Jak ktoś ma jakieś fajne, niewymienione tu miejscówki, niech pisze. Pójdziemy, posłuchamy;-))
niedziela, 5 sierpnia 2012
Kobiecy/męski czyli rozważania nie tylko olimpijskie
Codziennie uważnie śledzę wyczyny olimpijczyków. Refleksje, jakie temu towarzyszą, nie dotyczą tylko stricte sportowych kwestii. Uderza mnie specyfika sportowców, ich męskość i kobiecość, co przekłada się na szersze rozważania o współczesnym zacieraniu granic między płciami.
Patrzę na różne dyscypliny - pływanie, podnoszenie ciężarów, rzut kulą/młotem, czy nawet gimnastykę artystyczną i, o zgrozo - zaczynam dochodzić do wniosku, że sport wyczynowy nie jest dla kobiet. Przynajmniej nie każdy...
Pływaczki jak cyborgi, gimnastyczki z mięśniami jak u facetów.
Przytoczę fragment rozmowy przeprowadzonej ostatnio z dobrym kolegą, który wyraził chyba opinię większości facetów:
On: A kulturystki są już TRAGICZNE. Trzeba być masochistą, żeby się z taką związać...i pójść do łóżka.
Ja: Wiesz co, albo cenić charakter i samemu być kulturystą:)
On: Ale to tak jakbyś poszła ze sobą do łóżka...tylko w wersji slim:P
No właśnie. Próbuję dojść do tego, co powoduje kobietami, które poświęcają swoje życie czemuś takiemu, jak przerzucanie ogromnych ciężarów, deformując przy tym swoją sylwetkę...wiadomo, mężczyźni także mają przerost niektórych mięśni (wystarczy spojrzeć na uda kolarzy...), ale u nich to tak bardzo nie razi. A kobiety są po prostu zdeformowane.
Odczuwam w sobie pewien rozdźwięk w tej materii. Z jednej strony na studiach mocno zgłębiałam kwestie genderowe i buntuję się przeciw stereotypowym podejściom do kwestii płci. Jednak czuję, że odnoszę to bardziej do społeczno-kulturowych uwarunkowań (w stylu facet nie powinien gotować i sprzątać, a kobieta używać wiertarki i zarabiać tyle samo co koleś). Bardzo proste to przykłady, ale chodzi mi po prostu o takie rozsądne równouprawnienie i zarzucenie silnych, patriarchalnych podziałów.
Rozdźwięk pojawia się w kwestii wizualnej.
Choć uwielbiam zabawę wyglądem i świat drag-queens, drag-kings, trans itp itd nie jest mi obcy, to jednak mam poczucie, takie bardzo prywatne, osobiste...że moja kobiecość wizualna pozostaje jedną z niewielu cech dystynktywnych, że między innymi poprzez to archetypiczne spojrzenie na męskość i kobiecość, zapobiegam włażeniu idei unisex w mój świat.
Wszystko się zaciera. Sportsmenki wyglądają jak faceci, model Adrei Pejić jak kobieta (dowody poniżej):
Jest to interesujące, choć unifikacja płci jest równie intrygująca, co przerażająca. Mam jednak zasadę - uznaję preferencje innych, i nawet jeśli pływaczki uważam za zdeformowane, dresiary za niekobiece, a niektórych modeli za mało męskich, to jeżeli im taka wizualność sprawia przyjemność bądź nie jest problemem - OK, żyjcie, jak chcecie.
Ja mogę mówić tylko za siebie. Moje piersi, biodra, nadgarstki. Są inne niż u mężczyzn, są kobiece. Długie włosy, szpilki, sukienki, makijaż, biżuteria. My, kobiety, mamy tyle atrybutów, tyle sensualności i wewnętrznego piękna, które warto tylko uwypuklać! To taki mój mały apel.:)
I żeby nie było - lubię sport - dla zdrowia, dobrej sylwetki i samopoczucia. Ale nigdy nie pozwolę, by ćwiczenia upodobniły mnie do mężczyzny.
Poniżej mały test, niech każdy sam rozważy, czy lepsze jest podkreślanie różnic, czy unisex:) Co ja wybieram - już wiecie;-)
Patrzę na różne dyscypliny - pływanie, podnoszenie ciężarów, rzut kulą/młotem, czy nawet gimnastykę artystyczną i, o zgrozo - zaczynam dochodzić do wniosku, że sport wyczynowy nie jest dla kobiet. Przynajmniej nie każdy...
Pływaczki jak cyborgi, gimnastyczki z mięśniami jak u facetów.
Przytoczę fragment rozmowy przeprowadzonej ostatnio z dobrym kolegą, który wyraził chyba opinię większości facetów:
On: A kulturystki są już TRAGICZNE. Trzeba być masochistą, żeby się z taką związać...i pójść do łóżka.
Ja: Wiesz co, albo cenić charakter i samemu być kulturystą:)
On: Ale to tak jakbyś poszła ze sobą do łóżka...tylko w wersji slim:P
No właśnie. Próbuję dojść do tego, co powoduje kobietami, które poświęcają swoje życie czemuś takiemu, jak przerzucanie ogromnych ciężarów, deformując przy tym swoją sylwetkę...wiadomo, mężczyźni także mają przerost niektórych mięśni (wystarczy spojrzeć na uda kolarzy...), ale u nich to tak bardzo nie razi. A kobiety są po prostu zdeformowane.
Odczuwam w sobie pewien rozdźwięk w tej materii. Z jednej strony na studiach mocno zgłębiałam kwestie genderowe i buntuję się przeciw stereotypowym podejściom do kwestii płci. Jednak czuję, że odnoszę to bardziej do społeczno-kulturowych uwarunkowań (w stylu facet nie powinien gotować i sprzątać, a kobieta używać wiertarki i zarabiać tyle samo co koleś). Bardzo proste to przykłady, ale chodzi mi po prostu o takie rozsądne równouprawnienie i zarzucenie silnych, patriarchalnych podziałów.
Rozdźwięk pojawia się w kwestii wizualnej.
Choć uwielbiam zabawę wyglądem i świat drag-queens, drag-kings, trans itp itd nie jest mi obcy, to jednak mam poczucie, takie bardzo prywatne, osobiste...że moja kobiecość wizualna pozostaje jedną z niewielu cech dystynktywnych, że między innymi poprzez to archetypiczne spojrzenie na męskość i kobiecość, zapobiegam włażeniu idei unisex w mój świat.
Wszystko się zaciera. Sportsmenki wyglądają jak faceci, model Adrei Pejić jak kobieta (dowody poniżej):
Jest to interesujące, choć unifikacja płci jest równie intrygująca, co przerażająca. Mam jednak zasadę - uznaję preferencje innych, i nawet jeśli pływaczki uważam za zdeformowane, dresiary za niekobiece, a niektórych modeli za mało męskich, to jeżeli im taka wizualność sprawia przyjemność bądź nie jest problemem - OK, żyjcie, jak chcecie.
Ja mogę mówić tylko za siebie. Moje piersi, biodra, nadgarstki. Są inne niż u mężczyzn, są kobiece. Długie włosy, szpilki, sukienki, makijaż, biżuteria. My, kobiety, mamy tyle atrybutów, tyle sensualności i wewnętrznego piękna, które warto tylko uwypuklać! To taki mój mały apel.:)
I żeby nie było - lubię sport - dla zdrowia, dobrej sylwetki i samopoczucia. Ale nigdy nie pozwolę, by ćwiczenia upodobniły mnie do mężczyzny.
Poniżej mały test, niech każdy sam rozważy, czy lepsze jest podkreślanie różnic, czy unisex:) Co ja wybieram - już wiecie;-)
sobota, 28 lipca 2012
Sponsoring, związki i 'winny' Chyra
Praca w kuchni wre, Warszawiacy głodni, dlatego piszę ostatnio trochę rzadziej. Ale wczorajszy wieczór stanowi poważny pretekst do nowego wpisu:)
Kupiłam za całe 29,99 z gazetką, której nazwy nie wymienię, film 'Sponsoring' Małgośki 'już chyba nie Małgorzaty' Szumowskiej. Miałam się na niego wybrać na fali tych wszystkich dobrych filmów w sezonie globowo - oscarowym, ale przegrał z konkurencją i moim ograniczonym czasem wolnym.
Zasiadłam wieczorem z moją Przyjaciółką Barbarą i oddałyśmy się seansowi.
Co do samego filmu - bardzo fajny, choć podrążyłabym temat jeszcze głębiej. Sceny seksu odważne, ale bez przesady. Żałuję, że mój ukochany Chyra zagrał tak małą rolę, ale za to, ekhm...wyrazistą;-)
Joanna Kulig ma niesamowite piersi, to jeden z bardziej szokujących elementów filmu... Juliette Binoche wygląda znakomicie, jak na kobietę przed pięćdziesiątką. Anais Demoustier ma w sobie taki urok, flirciarską subtelność...świetnie by pasowała do filmu 'Basen' Francois Ozona, choć tam Ludivine Sagnier też odwaliła kawał dobrej roboty. Ale typ kobiety bardzo podobny.
Cóż, kwestia jest paląca. I pali socjologów, dziennikarzy, psychologów od paru lat. Pamiętam dobrze, jak kilka lat temu pracowałam w Złotych Tarasach i wypłynął temat 'Galerianek' Katarzyny Rosłaniec.Sporo się takich panienek kręciło w centrach handlowych. I kręci nadal.
Film 'Sponsoring' traktuje o starszych dziewczynach, studentkach, które umawiają się przez telefon ze 'znudzonymi mężami'. One nie stoją w galerii i nie proszą o kupienie dżinsów. Żyją na poziomie, opowiadają o zadbanych, majętnych kolesiach i o fantastycznym seksie (może poza seksem z Chyrą, który lubi gwałcić butelką wina).
Jakoś mnie to wszystko specjalnie nie gorszy, bo uważam, że każdy ma swoje sumienie i dokonuje zgodnie z nim wyborów. W trudnej sytuacji jest większość studentów - jedni na to idą, inni nie. Szukam przyczyny...wiadomo, jest popyt, jest podaż. Sądzę, że tu jednak jest kwestia facetów, i to od zarania dziejów. Prostytucja najstarszym zawodem świata? No cóż, w patriarchalnych społeczeństwach kobiety pozbawione praw, wykształcenia, służące jedynie jako przedmioty ozdobne, miały swoje ciało za jedyną wartość, którą można sprzedać. A mężczyźni nie odmawiali...dużo z tego zostało...
Myślę o tych znudzonych mężach. Faceci koło czterdziestki - pięćdziesiątki, którym przewraca się w dupach, którzy od takich dziewczyn dostają to, czego żona im nie daje...Tu uważam, że przyzwoity facet trzyma penisa na uwięzi, bo jest człowiekiem, a nie psem. Zdrada to zdrada, na każdym polu trudna do przełknięcia. Ale dojście do tej zdrady to proces, za który odpowiedzialni są oboje - kobieta i mężczyzna.
Powiem Wam szczerze, że może mam jakieś nietypowe podejście w tej kwestii, ale uważam, że w gestii kobiety jest tak zadowalać mężczyznę, żeby nie szukał przygód na boku, a mężczyzna niech będzie takim kochankiem, by kobieta nie musiała oglądać setny raz z miną mopsa '9 i pół tygodnia'. Albo żeby nie poszła w tango. Sądzę, że gdy pojawia się tego rodzaju dbałość, ciągła praca, wysiłek i odpowiednia, satysfakcjonująca aktywność w sferze fizycznej i emocjonalnej - przygody, szczególnie za kasę, są zbędne.
Kupiłam za całe 29,99 z gazetką, której nazwy nie wymienię, film 'Sponsoring' Małgośki 'już chyba nie Małgorzaty' Szumowskiej. Miałam się na niego wybrać na fali tych wszystkich dobrych filmów w sezonie globowo - oscarowym, ale przegrał z konkurencją i moim ograniczonym czasem wolnym.
Zasiadłam wieczorem z moją Przyjaciółką Barbarą i oddałyśmy się seansowi.
Co do samego filmu - bardzo fajny, choć podrążyłabym temat jeszcze głębiej. Sceny seksu odważne, ale bez przesady. Żałuję, że mój ukochany Chyra zagrał tak małą rolę, ale za to, ekhm...wyrazistą;-)
Joanna Kulig ma niesamowite piersi, to jeden z bardziej szokujących elementów filmu... Juliette Binoche wygląda znakomicie, jak na kobietę przed pięćdziesiątką. Anais Demoustier ma w sobie taki urok, flirciarską subtelność...świetnie by pasowała do filmu 'Basen' Francois Ozona, choć tam Ludivine Sagnier też odwaliła kawał dobrej roboty. Ale typ kobiety bardzo podobny.
Cóż, kwestia jest paląca. I pali socjologów, dziennikarzy, psychologów od paru lat. Pamiętam dobrze, jak kilka lat temu pracowałam w Złotych Tarasach i wypłynął temat 'Galerianek' Katarzyny Rosłaniec.Sporo się takich panienek kręciło w centrach handlowych. I kręci nadal.
Film 'Sponsoring' traktuje o starszych dziewczynach, studentkach, które umawiają się przez telefon ze 'znudzonymi mężami'. One nie stoją w galerii i nie proszą o kupienie dżinsów. Żyją na poziomie, opowiadają o zadbanych, majętnych kolesiach i o fantastycznym seksie (może poza seksem z Chyrą, który lubi gwałcić butelką wina).
Jakoś mnie to wszystko specjalnie nie gorszy, bo uważam, że każdy ma swoje sumienie i dokonuje zgodnie z nim wyborów. W trudnej sytuacji jest większość studentów - jedni na to idą, inni nie. Szukam przyczyny...wiadomo, jest popyt, jest podaż. Sądzę, że tu jednak jest kwestia facetów, i to od zarania dziejów. Prostytucja najstarszym zawodem świata? No cóż, w patriarchalnych społeczeństwach kobiety pozbawione praw, wykształcenia, służące jedynie jako przedmioty ozdobne, miały swoje ciało za jedyną wartość, którą można sprzedać. A mężczyźni nie odmawiali...dużo z tego zostało...
Myślę o tych znudzonych mężach. Faceci koło czterdziestki - pięćdziesiątki, którym przewraca się w dupach, którzy od takich dziewczyn dostają to, czego żona im nie daje...Tu uważam, że przyzwoity facet trzyma penisa na uwięzi, bo jest człowiekiem, a nie psem. Zdrada to zdrada, na każdym polu trudna do przełknięcia. Ale dojście do tej zdrady to proces, za który odpowiedzialni są oboje - kobieta i mężczyzna.
Powiem Wam szczerze, że może mam jakieś nietypowe podejście w tej kwestii, ale uważam, że w gestii kobiety jest tak zadowalać mężczyznę, żeby nie szukał przygód na boku, a mężczyzna niech będzie takim kochankiem, by kobieta nie musiała oglądać setny raz z miną mopsa '9 i pół tygodnia'. Albo żeby nie poszła w tango. Sądzę, że gdy pojawia się tego rodzaju dbałość, ciągła praca, wysiłek i odpowiednia, satysfakcjonująca aktywność w sferze fizycznej i emocjonalnej - przygody, szczególnie za kasę, są zbędne.
piątek, 20 lipca 2012
Smaki, zapachy
Po paru dniach ciszy na blogu (uzasadnionej, o czym zaraz na piszę), wreszcie mam chwilę czasu, by podzielić się z Wami nowościami z życia JustIn.
Za brak wpisów w tym tygodniu odpowiedzialny jest mój kochany kolega! ;) Facet, o którym była mowa w jednym z poprzednich postów. To ten, który zmienił branżę i poświęcił się gotowaniu. Słuchajcie, a raczej czytajcie - mam przyjemność wspierać Go w tych kulinarnych działaniach!
Coś cudownego...
Zajęcie jest oczywiście dość cieżkie fizycznie, bo trzeba ogarniać dużo rzeczy jednocześnie, kroić, smażyć, zmywać, podawać, nosić itp itd. Po całym dniu kręgosłup i nogi wysiadają, ALE! Jest satysfakcja, i to ogromna. Zwłaszcza w tym momencie potrzeba mi silnej motywacji, którą daje mi gotowanie. Przede wszystkim - ludzie mają teraz tak poustawiane życie, że wszystko robią z nastawieniem 'że to daje perspektywy'. Czyli działają licząc na efekty w przyszłości, niekoniecznie lubiąc to, czym się zajmują. A to studia, bo będzie otem praca, a to praca, bo kiedyś będzie można wziać kredyt, itd.
A mi w tej pracy podoba się to, co zawsze mnie w gotowaniu dla innych kręciło - natychmiastowy efekt. Puste talerze zwrotne i komplementy 'bo te placuszki cukiniowe to niebo w gębie' :) Miło to słyszeć i miło sprawiać przyjemność innym.
Są tacy klienci, którzy przychodzą codziennie. Im się doradza szczególnie, proponuje, choć naprawdę dbamy o wszystkich. Staram się czymś ludzi zaskoczyć, coś dodać, uatrakcyjnić potrawy. Wtedy mam pewność, że oni wrócą. Że nawiązuje się więź. Kolega strateg wspomniałby tu o marketingowym pojęciu lojalności. I tak właśnie! Dążę do tego, by ludzie, którym gotujemy, chcieli jeść tylko to, co mamy im do zaoferowania, a nie wybierali zupki w proszku w jakiejś budzie.
Plus to także praca z kolegą, który jest absolutnie pozytywnie zakręcony na punkcie pichcenia, lubuje się w aromatach, smakach, konsystencjach. Nie ma dwóch takich samych potraw. To tęcza barw, różnorodności, moc kreatywnych działań. Przyjemnie jest pracować w atmosferze prawdziwej pasji:) Tego Wam życzę, niezależnie od branży, w której działacie!
Za brak wpisów w tym tygodniu odpowiedzialny jest mój kochany kolega! ;) Facet, o którym była mowa w jednym z poprzednich postów. To ten, który zmienił branżę i poświęcił się gotowaniu. Słuchajcie, a raczej czytajcie - mam przyjemność wspierać Go w tych kulinarnych działaniach!
Coś cudownego...
Zajęcie jest oczywiście dość cieżkie fizycznie, bo trzeba ogarniać dużo rzeczy jednocześnie, kroić, smażyć, zmywać, podawać, nosić itp itd. Po całym dniu kręgosłup i nogi wysiadają, ALE! Jest satysfakcja, i to ogromna. Zwłaszcza w tym momencie potrzeba mi silnej motywacji, którą daje mi gotowanie. Przede wszystkim - ludzie mają teraz tak poustawiane życie, że wszystko robią z nastawieniem 'że to daje perspektywy'. Czyli działają licząc na efekty w przyszłości, niekoniecznie lubiąc to, czym się zajmują. A to studia, bo będzie otem praca, a to praca, bo kiedyś będzie można wziać kredyt, itd.
A mi w tej pracy podoba się to, co zawsze mnie w gotowaniu dla innych kręciło - natychmiastowy efekt. Puste talerze zwrotne i komplementy 'bo te placuszki cukiniowe to niebo w gębie' :) Miło to słyszeć i miło sprawiać przyjemność innym.
Są tacy klienci, którzy przychodzą codziennie. Im się doradza szczególnie, proponuje, choć naprawdę dbamy o wszystkich. Staram się czymś ludzi zaskoczyć, coś dodać, uatrakcyjnić potrawy. Wtedy mam pewność, że oni wrócą. Że nawiązuje się więź. Kolega strateg wspomniałby tu o marketingowym pojęciu lojalności. I tak właśnie! Dążę do tego, by ludzie, którym gotujemy, chcieli jeść tylko to, co mamy im do zaoferowania, a nie wybierali zupki w proszku w jakiejś budzie.
Plus to także praca z kolegą, który jest absolutnie pozytywnie zakręcony na punkcie pichcenia, lubuje się w aromatach, smakach, konsystencjach. Nie ma dwóch takich samych potraw. To tęcza barw, różnorodności, moc kreatywnych działań. Przyjemnie jest pracować w atmosferze prawdziwej pasji:) Tego Wam życzę, niezależnie od branży, w której działacie!
piątek, 13 lipca 2012
Tak zwane przeznaczenie
Żyjemy z dnia na dzień. Mało kto robi 'długofalowe strategie działania'. Niedbalstwo czy celowa spontaniczność?
Znajomy strateg mawia, że taki plan na życie to jedna z najważniejszych aktywności, jakie możemy podjąć. Jasne, jest wybór liceum, potem wybór uczelni, który określa (często teoretycznie) co mamy robić w przyszłości. Powiedzmy, że są to jakieś strategie działania. Jednak proza życia często weryfikuje podjęte przez nas plany, a życie to nie chłodny biznes, i trudno wytrwać przy obranej strategii, gdy czujemy, że nasza osobowość czy zainteresowania poszły w innym kierunku.
Mając kilkanaście lat jesteśmy otwarci na świat, na ludzi i nowe możliwości. Wydaje nam się, że wszystkie drzwi są otwarte. Krzyczymy jak Jack na pokładzie Titanica: 'I'm king of the world!'.
Potem...no właśnie. Potem przychodzą rozczarowania, drzwi zamknięte na kłódkę, coraz większe bagaże nie zawsze fajnych doświadczeń, które nas blokują. Pojawia się paradoksalnie mniejsza wiara we własne możliwości. Powiązana chyba z utratą młodzieńczej naiwności.
Mimo że i ja mam często takie 'hamujące' odczucia co do przyszłości i podejmowania działań, to dwa spotkania z przyjaciółmi wepchnęły moje myśli na nowe tory. Nie dać się, nie tracić zapału.
Wczoraj spotkałam się z przyjaciółką (rówieśniczką), której życie potoczyło się zupełnie inaczej, niż się tego spodziewała. Szybka znajomość, ciąża, ślub. Brzmi tragicznie? Ona powie tak: szybka znajomość z cudownym facetem, ciąża, którą prędzej czy później i tak planowała, piękny ślub (byłam, potwierdzam). Szklanka zawsze do połowy pełna. Niepoprawna optymistka, z wrodzonym talentem do sprzedaży, biznesu. Świetnie sobie radzą, działają. Nie dali się stłamsić nieoczekiwanym okolicznościom. Rozwijają się i teraz razem prą do przodu.
Dziś spotkanie z kolegą, z którym dane mi było pracować przez dłuższy czas. Jest dojrzałym facetem w kwiecie wieku, inteligentnym, bystrym. Całe życie zajmował się marketingiem, PR, działał w tej branży. Teraz, w wieku 18+ :) postawił na to, co kocha. Wbrew wszelkiej logice, wbrew utartym schematom, które teoretycznie nakazują tkwić w wyuczonym zawodzie do śmierci, on postawił na gastronomię. Jest sobie teraz sterem, kapitanem i okrętem. Gotuje, JEST SZCZĘŚLIWY. Na przekór niedowiarkom, którzy na dojrzałych najchętniej postawiliby krzyżyk.
Można? Można.
Nie jest ważny wiek, tylko nastawienie. Działanie i pewność, że warto robić to, do czego jest się przeznaczonym.
Wspomniany na początku kolega strateg mówił mi kiedyś, że marzy o życiu gdzieś na egzotycznej plaży, gdzie mógłby pisać książki. Cóż, niedługo jego książka ukaże się na rynku, więc widzę, że zmierza do wyznaczonego celu. Zwłaszcza, jeśli okaże się ona bestsellerem, czego oczywiście mu życzę:)
Im wcześniej wyrwiecie się ze szponów tych zajęć, które robicie z przymusu a nie z miłości, tym lepiej dla Was. I dla mnie. Szkoda zmuszać się do rzeczy, które najzwyczajniej w świecie nam 'nie leżą'. Szkoda życia. Jest tylko jedno. Truizm, ale prawdziwy. Życie jest jedno i zważanie na opinie innych (zwłaszcza te demotywujące) jest bez sensu. Oni wszyscy z nami nie umrą. Umrzemy sami, i warto, żebyśmy sami dla siebie to życie wygrali.
Znajomy strateg mawia, że taki plan na życie to jedna z najważniejszych aktywności, jakie możemy podjąć. Jasne, jest wybór liceum, potem wybór uczelni, który określa (często teoretycznie) co mamy robić w przyszłości. Powiedzmy, że są to jakieś strategie działania. Jednak proza życia często weryfikuje podjęte przez nas plany, a życie to nie chłodny biznes, i trudno wytrwać przy obranej strategii, gdy czujemy, że nasza osobowość czy zainteresowania poszły w innym kierunku.
Mając kilkanaście lat jesteśmy otwarci na świat, na ludzi i nowe możliwości. Wydaje nam się, że wszystkie drzwi są otwarte. Krzyczymy jak Jack na pokładzie Titanica: 'I'm king of the world!'.
Potem...no właśnie. Potem przychodzą rozczarowania, drzwi zamknięte na kłódkę, coraz większe bagaże nie zawsze fajnych doświadczeń, które nas blokują. Pojawia się paradoksalnie mniejsza wiara we własne możliwości. Powiązana chyba z utratą młodzieńczej naiwności.
Mimo że i ja mam często takie 'hamujące' odczucia co do przyszłości i podejmowania działań, to dwa spotkania z przyjaciółmi wepchnęły moje myśli na nowe tory. Nie dać się, nie tracić zapału.
Wczoraj spotkałam się z przyjaciółką (rówieśniczką), której życie potoczyło się zupełnie inaczej, niż się tego spodziewała. Szybka znajomość, ciąża, ślub. Brzmi tragicznie? Ona powie tak: szybka znajomość z cudownym facetem, ciąża, którą prędzej czy później i tak planowała, piękny ślub (byłam, potwierdzam). Szklanka zawsze do połowy pełna. Niepoprawna optymistka, z wrodzonym talentem do sprzedaży, biznesu. Świetnie sobie radzą, działają. Nie dali się stłamsić nieoczekiwanym okolicznościom. Rozwijają się i teraz razem prą do przodu.
Dziś spotkanie z kolegą, z którym dane mi było pracować przez dłuższy czas. Jest dojrzałym facetem w kwiecie wieku, inteligentnym, bystrym. Całe życie zajmował się marketingiem, PR, działał w tej branży. Teraz, w wieku 18+ :) postawił na to, co kocha. Wbrew wszelkiej logice, wbrew utartym schematom, które teoretycznie nakazują tkwić w wyuczonym zawodzie do śmierci, on postawił na gastronomię. Jest sobie teraz sterem, kapitanem i okrętem. Gotuje, JEST SZCZĘŚLIWY. Na przekór niedowiarkom, którzy na dojrzałych najchętniej postawiliby krzyżyk.
Można? Można.
Nie jest ważny wiek, tylko nastawienie. Działanie i pewność, że warto robić to, do czego jest się przeznaczonym.
Wspomniany na początku kolega strateg mówił mi kiedyś, że marzy o życiu gdzieś na egzotycznej plaży, gdzie mógłby pisać książki. Cóż, niedługo jego książka ukaże się na rynku, więc widzę, że zmierza do wyznaczonego celu. Zwłaszcza, jeśli okaże się ona bestsellerem, czego oczywiście mu życzę:)
Im wcześniej wyrwiecie się ze szponów tych zajęć, które robicie z przymusu a nie z miłości, tym lepiej dla Was. I dla mnie. Szkoda zmuszać się do rzeczy, które najzwyczajniej w świecie nam 'nie leżą'. Szkoda życia. Jest tylko jedno. Truizm, ale prawdziwy. Życie jest jedno i zważanie na opinie innych (zwłaszcza te demotywujące) jest bez sensu. Oni wszyscy z nami nie umrą. Umrzemy sami, i warto, żebyśmy sami dla siebie to życie wygrali.
wtorek, 10 lipca 2012
Porno a zdrada
Zdrada czy nie zdrada - oto jest pytanie. Porno. Dziesiątki serwisów w necie, filmiki, gazety... dla singli, wiadomo, nie ma problemu. Nikt im do sypialni nie zagląda. Ale czym staje się porno w związku?
Otóż może stać się ono wszystkim, w zależności od nastawienia partnerów. Dobra, ręka do góry, kto w życiu nie natknął się na jakąś stronkę XXX. Zalewa nas fala mniej lub bardziej udanych erotycznych stron, artykułów, blogów, sklepów itd. Jedni korzystają, drudzy odrzucają. Kwestia płci też ma tu duże znaczenie, bo pomimo ogromnej emancypacji kobiet i coraz bardziej odważnych działań na polu erotycznym, płeć piękna zawsze będzie podchodzić do spraw bardziej emocjonalnie.
A porno to nie prawdziwe emocje. To fizjologia. Tworzone w zdecydowanej większości dla facetów, choć przecież znajdą się także 'heavy userki' :) Kwestia porno i sposób traktowania tej aktywności u partnerów, staje się kością niezgody w wielu obserwowanych przeze mnie związkach. Oczywiście zazwyczaj jest tak, że faceci oglądają, a kobiety szlag trafia. W sumie nie ma się co dziwić. Tam wszyscy idealni, opaleni, naoliwieni, wygoleni. Zawsze wszystkim zachwyceni, z rozkoszą wymalowaną na twarzach od pierwszych sekund. No kto by tak nie chciał? Tyle, że do rzeczywistości ma się to średnio. Wywołuje to rzecz jasna kompleksy w kobietach, które są zbyt krytyczne wobec swojego wyglądu i umiejętności. Zdecydowanie zbyt krytyczne. Jakoś faceci nie mają załamki z powodu gigantycznego wyposażenia 'aktorów'. chyba że mają - panowie, oświećcie mnie. Generalnie to, co dla facetów jest fantazją na ekranie, dla kobiet jest czymś, co je przytłacza i rozdrażnia:
rywalizacją.
Z tymi wirtualnymi, perfekcyjnymi laskami. Tu tkwi pułapka porno. W rzeczywistości w większości kobiet buduje ono coraz większe kompleksy, zamiast 'edukować' czy rozluźniać.
Ja tam do porno nic nie mam:) I nie uważam za zdradę, jeśli służy inspiracji lub rozładowaniu napięcia przy przymusowym rozstaniu. Ale porno będzie traktowane jak zdrada - przeze mnie i pewnie przez większość kobiet - jeżeli oglądanie filmików wiąże się z obniżeniem częstotliwości/jakości realnych zbliżeń z partnerką/partnerem. Prosta droga do uzależnienia, gdy real jest mniej satysfakcjonujący niż wirtualny świat.
Coś widziałam ostatnio w TV na temat cyberzdrad, które podobno niedługo mają zafunkcjonować. Zakładasz okularo-projektor (czy coś takiego) jak z Matrixa, wyświetla Ci się laska. Nie dość że ją widzisz, jak się wije przed Tobą, to jeszcze ona się przybliża i Cię nawet dotyka! I zapachy nawet jakieś ten projektor wydziela...ekhm...
Cóż. Są miłośnicy hot-doga i miłośnicy dobrego wina sączonego na tarasie. Kobiety - nie bierzcie panów a'la fast-food i bądźcie kreatywne. Wtedy porno nigdy z Wami nie wygra, ale będzie inspirować. Faceci - komp to nie wszystko. Wiadomo, tam macie hipermarket. Dobre są w nim zakupy raz na jakiś czas. Ale zupka instant z torebki nigdy nie będzie smakować tak jak ta z dojrzałych pomidorów z listkami świeżej bazylii;-)
Otóż może stać się ono wszystkim, w zależności od nastawienia partnerów. Dobra, ręka do góry, kto w życiu nie natknął się na jakąś stronkę XXX. Zalewa nas fala mniej lub bardziej udanych erotycznych stron, artykułów, blogów, sklepów itd. Jedni korzystają, drudzy odrzucają. Kwestia płci też ma tu duże znaczenie, bo pomimo ogromnej emancypacji kobiet i coraz bardziej odważnych działań na polu erotycznym, płeć piękna zawsze będzie podchodzić do spraw bardziej emocjonalnie.
A porno to nie prawdziwe emocje. To fizjologia. Tworzone w zdecydowanej większości dla facetów, choć przecież znajdą się także 'heavy userki' :) Kwestia porno i sposób traktowania tej aktywności u partnerów, staje się kością niezgody w wielu obserwowanych przeze mnie związkach. Oczywiście zazwyczaj jest tak, że faceci oglądają, a kobiety szlag trafia. W sumie nie ma się co dziwić. Tam wszyscy idealni, opaleni, naoliwieni, wygoleni. Zawsze wszystkim zachwyceni, z rozkoszą wymalowaną na twarzach od pierwszych sekund. No kto by tak nie chciał? Tyle, że do rzeczywistości ma się to średnio. Wywołuje to rzecz jasna kompleksy w kobietach, które są zbyt krytyczne wobec swojego wyglądu i umiejętności. Zdecydowanie zbyt krytyczne. Jakoś faceci nie mają załamki z powodu gigantycznego wyposażenia 'aktorów'. chyba że mają - panowie, oświećcie mnie. Generalnie to, co dla facetów jest fantazją na ekranie, dla kobiet jest czymś, co je przytłacza i rozdrażnia:
rywalizacją.
Z tymi wirtualnymi, perfekcyjnymi laskami. Tu tkwi pułapka porno. W rzeczywistości w większości kobiet buduje ono coraz większe kompleksy, zamiast 'edukować' czy rozluźniać.
Ja tam do porno nic nie mam:) I nie uważam za zdradę, jeśli służy inspiracji lub rozładowaniu napięcia przy przymusowym rozstaniu. Ale porno będzie traktowane jak zdrada - przeze mnie i pewnie przez większość kobiet - jeżeli oglądanie filmików wiąże się z obniżeniem częstotliwości/jakości realnych zbliżeń z partnerką/partnerem. Prosta droga do uzależnienia, gdy real jest mniej satysfakcjonujący niż wirtualny świat.
Coś widziałam ostatnio w TV na temat cyberzdrad, które podobno niedługo mają zafunkcjonować. Zakładasz okularo-projektor (czy coś takiego) jak z Matrixa, wyświetla Ci się laska. Nie dość że ją widzisz, jak się wije przed Tobą, to jeszcze ona się przybliża i Cię nawet dotyka! I zapachy nawet jakieś ten projektor wydziela...ekhm...
Cóż. Są miłośnicy hot-doga i miłośnicy dobrego wina sączonego na tarasie. Kobiety - nie bierzcie panów a'la fast-food i bądźcie kreatywne. Wtedy porno nigdy z Wami nie wygra, ale będzie inspirować. Faceci - komp to nie wszystko. Wiadomo, tam macie hipermarket. Dobre są w nim zakupy raz na jakiś czas. Ale zupka instant z torebki nigdy nie będzie smakować tak jak ta z dojrzałych pomidorów z listkami świeżej bazylii;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)








